W lipcu ponad 321 tys. zarejestrowanych osób bez zajęcia otrzymywało zasiłki z urzędów pracy. To zaledwie 16,4 proc. ogółu bezrobotnych – wynika z danych resortu pracy. I choć pod tym względem jest trochę lepiej niż przed rokiem, to nadal mało jest takich osób, które otrzymują finansowe wsparcie z pośredniaków po utracie zatrudnienia. Jednak eksperci nie są tym zaskoczeni. – Większość zarejestrowanych bezrobotnych to osoby długotrwale bezrobotne, które nie spełniają kryteriów uprawniających do przyznania zasiłku – ocenia Karolina Sędzimir, ekonomista PKO BP. Potwierdzają to dane GUS. W lipcu było ich blisko 993 tys. A to oznacza, że pozostawali oni w rejestrach bezrobotnych przez ponad rok w okresie ostatnich dwóch lat. Tymczasem bezrobotny ma prawo do zasiłku dopiero wtedy, gdy udokumentuje, że w okresie 18 miesięcy poprzedzających dzień rejestracji był zatrudniony przez co najmniej 365 dni i osiągał co najmniej minimalne wynagrodzenie, od którego istnieje obowiązek opłacania składki na Fundusz Pracy. – Tych kryteriów często nie spełniają więc także bezrobotni, którzy mają dłuższy staż, ale pracowali na przykład tylko na część etatu i zarabiali mniej, niż wynosi wynagrodzenie minimalne – dodaje Sędzimir. Jej zdaniem w najbliższej przyszłości nie należy się spodziewać gwałtownego wzrostu liczby osób pobierających zasiłki dla bezrobotnych. – Bo wprawdzie przybywać będzie osób zwalnianych w różnych firmach z powodu spowolnienia gospodarczego, ale nie będzie to masowe zjawisko – twierdzi Sędzimir. Podobne prognozy prezentuje resort finansów. Dlatego zaplanował, że w przyszłym roku wydatki Funduszu Pracy na zasiłki dla bezrobotnych wzrosną o niecałe 200 mln do ponad 3,7 mld zł. To według szacunków DGP pozwoli zwiększyć o ok. 20 tys. liczbę bezrobotnych pobierających takie zasiłki.

Z czego więc żyją ci, którzy ich nie mają? Zdaniem ekspertów część bezrobotnych korzysta z zapomóg pomocy społecznej. – Dlatego często pobierają zaświadczenia z urzędu pracy o swoim statusie – mówi Jerzy Bartnicki, dyrektor PUP w Kwidzynie. Ale zaraz dodaje: – Zapomogi z pomocy społecznej są jednak bardzo skromne i nie da się z nich wyżyć. Dlatego widzimy, że niektórzy bezrobotni pracują w szarej strefie, bo we wskazanych terminach przychodzą do nas, ale są w ubraniach roboczych – twierdzi Bartnicki. Jest też duża grupa osób, która rejestruje się w urzędach pracy tylko ze względu na to, że status bezrobotnego pozwala im na bezpłatne korzystanie z publicznej opieki zdrowotnej. – Wielu utrzymuje się wyłącznie z pracy w szarej gospodarce – uważa Bartnicki. Dość pokaźne rozmiary tej grupy potwierdzają badania GUS, który szacuje, że w gospodarce ukrytej przed fiskusem na przykład w końcu ubiegłego roku pracowało blisko 1,1 mln osób. Ale są też i tacy bezrobotni, którzy utrzymują się ze środków zapracowanych przez rodzinę, z oszczędności albo ze sprzedaży wcześniej zgromadzonych dóbr.

– Natomiast w starych krajach Unii Europejskiej 70 – 80 proc. bezrobotnych otrzymuje zasiłki z ubezpieczenia od bezrobocia i zasiłki socjalne, jeśli dochód na osobę w rodzinie jest poniżej pewnego poziomu – informuje prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Część osób to wykorzystuje i przez długie lata żyje tam na koszt całego społeczeństwa, co rodzi obecnie coraz większą krytykę funkcjonujących rozwiązań. U nas wsparcie państwa jest spartańskie. Od czerwca zasiłek dla bezrobotnego wynosi bowiem 794,20 zł miesięcznie w okresie pierwszych trzech miesięcy posiadania prawa do zasiłku, a potem 623,60 zł.

– Spadek kwoty zasiłku ma mobilizować bezrobotnego do szukania pracy – podkreśla prof. Wiśniewski. Niestety znalezienie płatnego zajęcia jest coraz trudniejsze, bo Polska zaraziła się już kryzysem ze strefy euro.