– Zadzwoniono do mnie i poinformowano, że instytut nie przyjmuje stażystów w ramach specjalizacji w dziedzinie kardiologii, bo nie ma odpowiedniej akredytacji – opowiada jeden z młodych lekarzy. Nie chce podawać nazwiska, bo boi się, że mogłoby mu to utrudnić dalszy przebieg szkolenia specjalizacyjnego. Niektórzy, jak twierdzą lekarze, czekali na przyjęcie do ośrodka nawet dwa lata i zostali na początku marca telefonicznie poinformowani o braku możliwości odbycia niezbędnego do ukończenia szkolenia stażu.

Chodzi o przyjęcia na staże cząstkowe: czyli możliwość praktyki dla lekarzy ubiegających się o szkolenie z konkretnej dziedziny w innym ośrodku niż ten, w którym robią specjalizację. Inną placówkę na staż cząstkowy wybiera się głównie dlatego, że jest ośrodkiem referencyjnym, czyli posiada największe doświadczenie i możliwości diagnostyczne oraz terapeutyczne w konkretnej szczegółowej dziedzinie kardiologii.

Problem dotyczy przede wszystkim staży z wad serca, kardiochirurgii czy kardiologii dziecięcej. Szkolenia z tych dziedzin na wysokim poziomie prowadzi zaledwie kilka ośrodków, m.in. Instytut Kardiologii w Aninie – placówka, której dyrektorem był Zbigniew Religa. Jako jedyna na Mazowszu ma ona kliniki wad nabytych serca, wrodzonych wad serca oraz świetnie zorganizowaną i wyposażoną klinikę kardiochirurgiczną. Instytut jest jedynym działającym na Mazowszu centrum transplantacyjnym. Podobną referencyjność mają jedynie placówki w Zabrzu i Krakowie.

O udzielenie akredytacji na szkolenie stażystów cząstkowych z kardiologii, czyli dla lekarzy przyjeżdżających z innych placówek, nie wystąpił – jak wynika z informacji Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego – także Szpital Kliniczny przy ul. Banacha w Warszawie. To ośrodek konsultanta krajowego z kardiologii. Akredytacji nie ma też szpital w Zabrzu. Jest tu kilkanaście miejsc, ale nie dla przyszłych kardiologów.

– Nie mamy warunków, żeby przyjąć wszystkich chętnych. Szkolimy i tak potężną armię lekarzy: mamy 120 osób – mówi Jacek Grzybowski, zastępca dyrektora klinicznego w Instytucie Kardiologii. – To oznacza, że dwóch szkolących się przypada na jednego pacjenta. Szkolimy połowę kardiologów na Mazowszu – wyjaśnia.

Jednak szkolone są osoby, które są stałymi pracownikami placówki albo jej rezydentami (wtedy pensje wypłaca im państwo).

Problemem zajęła się konsultant wojewódzka prof. Hanna Szwed. – Prowadzę rozmowy z konsultantem krajowym, żeby tak zorganizować system, by każdy specjalizujący się miał dostęp do odpowiedniego kształcenia swoich możliwości – mówi prof. Szwed. Jedną z rozważanych opcji byłoby zwiększenie kursów szkoleniowych.

To kursy prowadzone z dotacji unijnych. Problem w tym, że są one tylko teoretyczne. – Bardzo przydatne, ale nie zastąpią tego, czego można się nauczyć, obserwując specjalistów w działaniu – mówi młody lekarz.

Prof. Hanna Szwed wskazuje, że kłopoty z dostaniem się do wybranych ośrodków to też efekt zwiększającej się liczby młodych lekarzy, którzy wybierają specjalizację z kardiologii. Należy ona do specjalizacji deficytowych i od kilku lat kształcenie młodych kardiologów, podobnie jak onkologów i lekarzy medycyny pracy, jest dofinansowywane z funduszy Unii Europejskiej. Rok temu na Mazowszu przypadało 60 kardiologów na milion mieszkańców, gdy w całym kraju średnio było ich 50. Ale za trzy lata będzie ich ponad 80, a to oznacza, że przekroczy średnią unijną.

Liczba miejsc ograniczona
Na początku kwietnia ogłoszono wyniki przyjęć na rezydentury – to specjalizacje finansowane z pieniędzy ministerialnych. Okazało się, że jest bardzo mało miejsc. Rok temu w analogicznym okresie było ich prawie dwa razy więcej, bo 842. Teraz ministerstwo ogłosiło 444 rezydentury, na które zgłosiło się w sumie 1002 lekarzy, w tym także dentyści. Dla samych specjalizacji lekarskich przyznano 418 miejsc, o które ubiegało się 792 lekarzy. Jak wynika z wyliczeń serwisu MlodyLekarz.pl, jedynie w województwach kujawsko-pomorskim, lubuskim, opolskim, podkarpackim, świętokrzyskim i warmińsko-mazurskim liczba chętnych jest mniejsza od liczby przyznanych miejsc. Najgorzej sytuacja przedstawia się w województwach: mazowieckim, gdzie jest 170 osób na 35 miejsc, śląskim 92 na 32, małopolskim 92 na 31, pomorskim 54 na 23, łódzkim 63 na 34. Nie będzie także dodatkowych miejsc z odwołań, bo jak poinformowało urzędy wojewódzkie Ministerstwo Zdrowia, nie ma na to pieniędzy.