Co więc poradzę, że kiedy słyszę „dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają”, od razu przeczuwam, że nie chodzi tu bynajmniej o savoir-vivre, lecz o cieńszy lub grubszy szwindel? Jestem przekonana, że zwyczajowe wyciszanie rozmów o płacach, pensjach i dochodach to zmowa tych, którzy mają, przeciwko tym, którzy nie mają. Jeśli bowiem systematycznie wpajać wyrobnikom, że gadanie o forsie to nietakt i wstyd, ci gotowi są uwierzyć, że pracują dla przyjemności i prestiżu.

Tymczasem – uwaga, złota myśl! – za pracę należy się płaca. Mamy prawo jej żądać oraz pytać, czemu jest taka, a nie inna. Tę myśl podzielił Sąd Najwyższy, i chwała mu za to. Oczywiście, pracodawcom to nie w smak. Życzę im owocnej gimnastyki przy szukaniu rozsądnych uzasadnień, dlaczego ktoś, kto pracuje mniej, ma zarabiać więcej, lub na odwrót. Gimnastyka to rzecz zdrowa, ale też jestem przekonana, że jeśli „system płac” w firmie jest zbudowany uczciwie, to pracodawcy nie mają się czego bać.

PS. Czujny Czytelnik wytknie mi niekonsekwencję: na tych łamach przed kilku tygodniami przekonywałam, że publiczne dywagacje o premii przewidzianej w kontrakcie szefa Narodowego Centrum Sportu mogą w przyszłości zaszkodzić pozyskiwaniu doświadczonych menedżerów do państwowych przedsięwzięć. Tyle że trudno mówić o – jawnej czy ukrytej – dyskryminacji w przypadku tego rodzaju umów menedżerskich.

Jednak mój powrót do tematu pieniędzy oznacza niechybnie, że do klubu dżentelmenów aplikować już nie mam po co.