Miesiąc przed wyborami serca polityków wszystkich partii gwałtownie przesuwają się na lewą stronę. Wśród grup potencjalnych wyborców, których ciężka sytuacja budzi wielkie współczucie i chęć pomocy (z kieszeni podatników) wszystkich partii, znalazła się młodzież. Jej pozycja na rynku pracy od lat jest zła. Nie jest to specyfika polska, ale europejska. Średnie bezrobocie absolwentów jest dwukrotnie wyższe niż stopa bezrobocia w danym kraju, u nas też. Kryzys nie jest powodem głównym ani jedynym. Ważniejsze jest niedostosowanie systemu kształcenia do potrzeb rynku oraz brak doświadczenia młodych. Pracodawcy ich nie chcą, bojąc się, że nie zarobią na swoją marną płacę i na składki ubezpieczeniowe. Stąd popularność umów śmieciowych. To wszystko wiedzieliśmy wcześniej. Po raportach, które politycy rzucili właśnie na rynek, mieliśmy więc prawo spodziewać się nie tyle diagnozy, ile odważnych recept, jak próbować ten problem rozwiązać. Politycy zawiedli na całej linii. Ani rekomendacje ciekawego raportu rządowego „Młodzi 2011”, ani wnioski płynące z lewicowego dokumentu „Bez obaw w dorosłość”, ani też postulaty zawarte w programie wyborczym PiS nie dają nadziei, że coś się w tej sprawie zmieni. Bo liderom największych partii, Jarosławowi Kaczyńskiemu również, brakuje odwagi do zmierzenia się z problemem.

Michał Boni, przygotowując rekomendacje do raportu „Młodzi 2011”, nawołuje do solidarności międzypokoleniowej. Tymczasem ta solidarność istnieje, ale tylko na poziomie rodzin. Dziadkowie, nie tylko finansowo, wspomagają wnuków, którzy nie mogą stanąć na własnych nogach. Rodzice biorą za nich kredyty hipoteczne, ponieważ młodzi nie mają dla banków wiarygodności kredytowej. Transfery rodzinne nie rozwiązują jednak problemu, potrzebna jest zmiana polityki państwa. A tej politycy się boją. Nie chcą się narażać najliczniejszej i najbardziej zdyscyplinowanej grupie wyborców – emerytom, obecnym i przyszłym. Bo to do nich, zamiast do młodych rodzin, adresowana jest polityka społeczna. To oni konsumują prawie całą, wcale niemałą, pulę pieniędzy przeznaczonych na politykę społeczną.

W dokumencie SLD „Bez obaw w dorosłość” przywołane są dane pokazujące, że Polska na rodziny i dzieci przeznacza najmniej pieniędzy spośród wszystkich krajów Unii – zaledwie 0,75 proc. PKB. Dania ponad 3 proc., Szwecja prawie 3 proc., Czechy i Litwa 1,4 proc. PKB. Kłopot w tym, że lewica pokazuje tylko jedną stronę medalu. Na drugiej są bowiem wydatki na emerytury – i tu bijemy europejskie rekordy. Daleko nam też do stopy zatrudnienia na przykład w Szwecji, która przekracza 70 proc., podczas gdy u nas sięgnęła zaledwie 56 proc. Żeby mieć więcej na politykę rodzinną, trzeba inaczej dzielić to, co się ma, ale także robić wszystko, aby mieć więcej. Nie da się zmienić rewersu, nie poprawiając awersu. Lewica jednak tego nie postuluje. Programy wyborcze mają przysporzyć głosów, a nie narażać się elektoratowi. Dlatego SLD idzie na całość. Postuluje, by państwo każdemu obywatelowi zapewniło „powszechny dochód gwarantowany”. Wtedy sytuacja „prekariatu” (to słowo robi dziś międzynarodową karierę), czyli globalnego proletariatu, którym stali się dziś młodzi, ulegnie poprawie. Każdemu według potrzeb, tylko czy od tego przybędzie miejsc pracy?

Nie widać odwagi w programie PiS. Partia ta, podobnie jak PO, gotowa jest dopuścić do rynku pracy (w charakterze pośredników przy jej szukaniu) firmy prywatne i organizacje pozarządowe. To z pewnością posunięcie słuszne, ale sprawy nie rozwiąże. Podobnie jak zapowiadany powrót do programu „Rodzina na swoim”, a nawet nielubiane do tej pory przez PiS partnerstwo publiczno-prywatne, w ramach którego mają być budowane mieszkania na wynajem.

Wszystko to jest tylko pudrowaniem problemu. Żeby młodym ułatwić start w dorosłość, starzy muszą ciężarem swojego utrzymania obarczać ich jak najpóźniej. Dzielenie się emeryturą, na którą to młodzi muszą zapracować, nie jest żadną międzypokoleniową solidarnością. Politycy wiedzą o tym doskonale, ale partia, która powie to głośno, z pewnością wyborów nie wygra.