Pracownica Rządowego Centrum Legislacji otrzymała naganę z wpisem do akt. Ten był bardzo ogólny, bo wskazywał tylko, że podwładna zachowywała się arogancko i niewłaściwie. Z jej wyjaśnień wynika, że powodem ukarania było niemówienie szefowi dzień dobry.

Okazuje się, że tego typu absurdów jest znacznie więcej w administracji rządowej. Przykłady podają sami rzecznicy dyscyplinarni działający w poszczególnych urzędach. W jednym z nich wszczęto postępowanie dyscyplinarne wobec osoby, która dostała mandat za przekroczenie prędkości. Innym przypadkiem był romans między pracownikami. Dyrektor uznał, że nie licuje to z powagą urzędu.

– Trudno jest wydać generalną ocenę postępowania członka korpusu służby cywilnej. Każda sprawa powinna być rozpatrywana indywidualnie, z uwzględnieniem wszystkich okoliczności faktycznych. Samo wszczęcie postępowania dyscyplinarnego nie musi oznaczać winy urzędnika – mówi Wojciech Zieliński, wicedyrektor departamentu służby cywilnej w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Podobnego zdania są prawnicy.

– Bezpośredni przełożeni często wyolbrzymiają niektóre sytuacje, aby pozbyć się niewygodnego pracownika. Dyrektor nakładając karę dyscyplinarną musi jednak wskazać konkretny powód – mówi Dawid Zdebiak, radca prawny z Kancelarii Gujski Zdebiak.

Urzędnik, aby walczyć o dobre imię, musi przebrnąć bardo długą i żmudną procedurę wyjaśniającą. Jeśli nie zgadza się z przyznaną mu karą, przysługuje mu odwołanie.

– Pierwszym etapem jest postępowanie wyjaśniające, a drugim postepowanie przed komisją dyscyplinarną, od której przysługuje odwołanie do wyższej komisji w kancelarii premiera. W ostatnim etapie urzędnik może przenieść sprawę do sądu pracy – wyjaśnia Mariusz Gorzowski, dyrektor biura ds. procedur antykorupcyjnych i rzecznik dyscyplinarny w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Jeśli jednak urzędnik sam przyzna się do winy, to dyrektor generalny może go ukarać np. naganą z wpisem do akt bez przeprowadzania postępowania wyjaśniającego.