I choć absolwenci szkół wyższych stanowią ponad 10 proc. bezrobotnych, to zdecydowana większość zarówno maturzystów, jak i studentów jest zdania, że ukończenie uczelni zwiększa szansę na znalezienie dobrze płatnej pracy. Jednak eksperci są zdania, że w dużym stopniu winę za brak pracy ponoszą sami studenci.

Brytyjski wzór

Z danych resortu pracy wynika, że co czwarta osoba przed ukończeniem 25. roku życia jest bezrobotna. Młodzi ludzie winią za to nie siebie, a poziom kształcenia. Studenci narzekają, że ich wiedza jest zbyt teoretyczna i nie mogą się pochwalić dostatecznym doświadczeniem niezbędnym w pracy – tak uważa ponad 67 proc. badanych. Większość ankietowanych wskazuje, że dyplom zagranicznej uczelni, przede wszystkim brytyjskiej, jest lepiej postrzegany na polskim rynku pracy, m.in. dlatego że szkoły za granicą bardziej praktycznie przygotowują studentów do rozpoczęcia kariery.

– Podstawową przewagą uczelni brytyjskich nad polskimi jest to, że łączą akademicką wiedzę z umiejętnościami praktycznymi, niezbędnymi w toku późniejszej kariery zawodowej – mówi prof. Krzysztof Bartosik, prorektor ds. dydaktyczno-naukowych POU. Podkreśla, że w Wielkiej Brytanii studia mają przede wszystkim odpowiadać na zapotrzebowanie rynku pracy. Dlatego tam tematyka zajęć uwzględnia elementy niezbędne na danym stanowisku.

Monitorowanie na pomoc

Zgodnie ze znowelizowaną ustawą o szkolnictwie wyższym od nowego roku akademickiego uczelnie będą miały obowiązek monitorowania karier zawodowych swoich absolwentów. Ma to im pomóc w lepszym dostosowaniu kierunków i programów kształcenia do potrzeb rynku pracy. Natomiast młodzieży kończącej szkoły średnie w doborze szkoły i kierunku dającej w przyszłości większe szanse na znalezienie pracy. Ta nowela ma również duże poparcie wśród pracodawców.

Jednak eksperci zwracają uwagę również na to, że sami studenci mogliby dużo więcej zrobić, by ułatwić sobie start w życie zawodowe. Szczególnie, jeśli swą przyszłość wiążą nie z call center, a z karierą w korporacjach.

– Nawet dobre uczelnie, takie jak warszawska SGH, produkują dużą liczbę całkiem przeciętnych absolwentów – mówi Bartłomiej Owczarek, partner w firmie doradczej Goldenberry. – Podczas procesu rekrutacji zwracamy uwagę, czy dana osoba podczas studiów osiągnęła cokolwiek szczególnego. Mogą to być sukcesy akademickie – nagrody, stypendia zawodowe lub organizacyjne, ciekawe praktyki, działalność charytatywna czy wolontariat – dodaje.

Ale zanim dojdzie do rekrutacji, pierwszym kontaktem firmy z pracownikiem są CV i list motywacyjny. I tu od razu klops. 90 proc. z nich zaczyna się od słów „W związku z dynamicznym rozwojem Państwa firmy”. Od razu ląduje w śmieciach.

– List musi być krótki i kierowany tylko do nas, posługujący się wyłącznie konkretami. Z listu musimy wyczytać, że kandydat rozumie, kim jesteśmy i co robimy. Rozumie swoje słabe i silne strony z punktu widzenia naszych wymagań. Zwraca się bezpośrednio, aby powiedzieć, że naprawdę zależy mu na pracy właśnie z nami – wyjaśnia Owczarek. Przekonuje, że to działa o wiele lepiej niż pytanie: „A macie coś dla psychologa?”.