Samorządy, którym grożą kary za nieprawidłowości przy unijnych projektach, z niepokojem oczekują wyników rządowej analizy. Część z nich kar uniknie, ale dla pozostałych czekanie oznacza narastanie odsetek. W przypadku niektórych gmin może chodzić nawet o 0,5 mln zł.

W Ministerstwie Finansów i Ministerstwie Rozwoju Regionalnego wciąż trwa weryfikacja lokalnych urzędów, które mogą liczyć, że unikną kar za błędy popełnione przy realizacji projektów dofinansowanych środkami z UE. A mogą one wynikać z niedostosowania prawa polskiego do prawa UE. – Nie jest możliwe ponoszenie przez budżet kosztów nieprawidłowości, za których wystąpienie winę ponosi beneficjent – zastrzega Stanisław Krakowski z biura MRR.

Proces przeciąga się, gdyż każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie. A nieoficjalnie wiadomo, że chodzi o ponad 100 samorządów, których sytuacja jest analizowana. Jak zastrzega resort, czas niezbędny do ich analizy będzie uzależniony m.in. od stopnia ich skomplikowania.

Tymczasem gminni urzędnicy z coraz większym niepokojem oczekują decyzji. Nie wiedzą, czy zapłacić karę teraz i przynajmniej nie narażać się na dalsze odsetki, czy liczyć, że kara ich nie dosięgnie.

– Na razie kazano nam czekać. Ale jeśli decyzja będzie na naszą niekorzyść, będziemy musieli zapłacić wszystkie karne odsetki, które wynoszą już ponad 0,5 mln zł – mówi Sylwia Piątkowska z urzędu miejskiego w Kłobucku (woj. śląskie). Miasto w latach 2007 – 2010 dokonało rewitalizacji rynku za kwotę 7 mln zł – 5 mln zł pochodziło ze środków UE. O przesunięciu terminu przetargu urząd nie poinformował w biuletynie zamówień publicznych. Prawo polskie wówczas tego nie wymagało, ale okazało się, że jest ono niezgodne z przepisami unijnymi. Mimo to urząd marszałkowski nałożył na gminę korektę wynoszącą 10 proc. wartości dofinansowania. – Przepisy są niejasne, a każdy organ kontrolny inaczej je interpretuje – podsumowuje Piątkowska.

Na pomoc ze strony obu ministerstw liczy także niewielka gmina w Gozdnicy (woj. lubuskie), której grozi zwrot ok. 100 tys. zł. Od kilku miesięcy między urzędem a Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska (WFOŚ), który przyznał środki unijne na projekt oczyszczalni ścieków, trwa typowo językoznawczy spór.

– W opisie przetargu użyliśmy słowa „posiadać”, a w specyfikacji warunków zamówienia słowa „dysponować”. Z tego powodu zarzucono nam naruszenie zasad konkurencji – tłumaczy Roman Nowak, sekretarz miasta. Dodaje, że teraz na jego biurku leży kilka tomów słowników wyrazów obcych, których używa w sporze z WFOŚ, ustalając znaczenie obu wyrazów.

Przepisy są absurdalne

Prof. Jerzy Regulski | ekspert ds. samorządów

Kłopoty z wykorzystywaniem funduszy unijnych wynikają z kilku przyczyn. Pierwsza to biurokratyzacja prawa. W Polsce mamy do czynienia z przeregulowaniem prawa zbędnymi przepisami z punktu widzenia tego, co chce się osiągnąć.

Druga to niedostosowanie prawa polskiego do unijnego. Mam wątpliwości, czy w każdym przypadku nasi prawodawcy wiedzą, o co chodzi w prawie unijnym. Wiele gmin w ogóle nie występowało o środki UE. Pytanie, czy aparat państwa zrobił wystarczająco wiele, by je do tego zachęcić. Niestety przepisy w wielu przypadkach są absurdalne, bo każą myśleć według z góry przyjętych schematów. A to wyklucza innowacyjność.