Zdaniem ekspertów zmiany, które proponuje resort, mają charakter kosmetyczny. Dodatkowo zamiast zachęcać do nauki w szkołach zawodowych, będą utrudniać do niej dostęp. Pracodawcy alarmują, że ucierpi na tym rynek pracy, na którym już teraz jest ogromny deficyt robotników i innych pracowników rzemieślniczych. Z dostępem do ich usług będzie coraz trudniej, bo kuszeni lepszymi zarobkami i warunkami pracy wybiorą pracę w innych krajach UE.

Zniechęceni uczniowie

Uczniowie po ukończeniu gimnazjum najczęściej wybierają liceum ogólnokształcące (LO). Taką decyzję podejmuje 70 proc. gimnazjalistów. Przy wyborze szkoły kierują się zwłaszcza prestiżem wykształcenia, które mogą zdobyć, oraz tym, że po ukończeniu LO mogą zdawać na studia wyższe.

– To ślepa uliczka prowadząca wprost do bezrobocia – mówi prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.

Tłumaczy, że ukończenie technikum czy szkoły zawodowej daje uczniowi podstawową korzyść – zawód.

Mimo że kształcenie zawodowe staje się coraz bardziej cenne i jest towarem deficytowym, to taką ścieżkę nauki wybiera z roku na rok mniej osób. Statystyki pokazują, że w ciągu ostatniej dekady zasadniczą szkołę zawodową, która kształci m.in. ślusarzy, mechaników czy fryzjerów, wybrało o 300 tys. osób mniej.

Prestiż decyduje

– Uczniowie nie wybierają zawodówek, bo panuje opinia, że uczą się tam osoby, które nie dostały się do liceum, i to dla nich powód do wstydu – mówi Iwona Derda, naczelnik wydziału oświaty w Wielkopolskiej Izbie Rzemieślniczej w Poznaniu.

Dodaje, że dopóki nie zmieni się takie przekonanie, to gimnazjaliści nie będą chcieli kształcić się w zawodach rzemieślniczych. Do uczniów nie przemawia to, że już teraz co drugi absolwent po ukończeniu studiów staje się bezrobotny i szuka pracy nawet 2 lata.

Również MEN nie zachęca gimnazjalistów do podejmowania nauki w szkołach zawodowych. Część ekspertów tłumaczy to chęcią oszczędzania.

– Licea ogólnokształcące generują mniej kosztów niż zajęcia praktyczne w zawodówkach. Dlatego o braku promocji szkolnictwa zawodowego przez długi czas decydowały względy finansowe – uważa Iwona Derda.

Niewypał resortu

Resort edukacji twierdzi jednak, że chce zreformować szkolnictwo zawodowe. Zacznie od likwidacji liceów profilowanych. Od kilku lat ich liczba gwałtownie spada. Już teraz nie prowadzą rekrutacji.

– Słabo przygotowywały do matury i do zawodu – twierdzi Iwona Derda.

W efekcie matury po tej szkole nie zdawał co trzeci uczeń. Ze słabą jakością nauczania w liceach profilowanych nie zgadza się jednak Marek Kolarski, dyrektor Zespołu Szkół Energetycznych w Krakowie, który prowadził takie liceum.

– Problemem nie był niski poziom kształcenia, ale to, że z roku na rok trafiła do nich coraz słabsza młodzież – mówi.

Wyjaśnia, że reforma, która stworzyła licea profilowane, zakładała likwidację techników. Ale tak się nie stało, bo osoby, które miały kształcić licea, nadal trafiały do techników. W efekcie szkoły profilowane były zdane już tylko na najsłabszych uczniów.

Nowe pomysły resortu edukacji też mogą okazać się niewypałem. Oprócz likwidacji liceów profilowanych MEN planuje także zniesienie techników uzupełniających (które wybierają absolwenci zasadniczych szkół zawodowych). Zastąpią je licea dla dorosłych. Będą się w nich kształcić wszyscy, którzy teraz podejmują naukę zarówno w liceach i technikach uzupełniających.

Część ekspertów krytykuje pomysł łączenia tych uczniów w ramach jednej szkoły. Kolejny raz doprowadzi to do zubożenia i zaniedbania kształcenia zawodowego.

Będą konsekwencje

Zdaniem ekspertów rynku pracy polski system szkolnictwa jest po prostu za mało elastyczny.

– System kształcenia jest bardzo sztywny, ogranicza możliwości zmiany drogi w trakcie edukacji – mówi Łukasz Gajewski, agent kariery z Lookus.pl.

Wyjaśnia, że jedynie 10 proc. gimnazjalistów wie, jaką pracę chciałoby wykonywać w przyszłości. Często ich decyzje nie są racjonalne. Dlatego powinni mieć możliwość jej zmiany w trakcie nauki.

Jeśli więcej osób nie będzie kończyło szkół zawodowych, najbardziej odczują to rodzimy rynek pracy i pracodawcy. Uczniom tym trudniej jest podejmować dobre decyzje, bo w Polsce nie ma systemu prognozowania, jakie zawody są i będą potrzebne w przyszłości.

– Brakuje rzetelnych danych o tym, ile osób pracuje w konkretnych zawodach – mówi Ewa Bolesławska z Głównego Urzędu Statystycznego.

Dlatego należy stworzyć rejestr, który informowałby, ilu specjalistów zabraknie za kilka lat. Taki system mógłby być prowadzony przez powiatowe urzędy pracy i informowałby o deficycie w zawodach w konkretnych regionach Polski. Na tej podstawie szkoły zawodowe prowadziłyby nabór na dostosowane do potrzeb rynku pracy kierunki kształcenia.

– Średni wiek hutników, ślusarzy czy górników to 50 lat. Niedługo te osoby przejdą na emeryturę i nie będzie miał ich kto zastąpić, bo nikt nie policzył, ilu powinno się ich wykształcić – mówi Łukasz Gajewski.