statystyki

Rodzice zapłacą za reformę edukacji

autor: Artur Grabek, Grzegorz Osiecki22.04.2011, 03:00

Rodzice sześciolatków, chcąc uchronić swoje pociechy przed przepełnionymi klasami i nieprzygotowanymi na przyjęcie najmłodszych szkołami publicznymi, wybierają te bardziej przyjazne i bezpieczniejsze, choć płatne.

Reklama


Reklama


O sytuację pytaliśmy dyrektorów kilkudziesięciu szkół społecznych i prywatnych z kilkunastu miast w Polsce. W zdecydowanej większości usłyszeliśmy to samo – zainteresowanie rodziców sześciolatków jest zdecydowanie większe niż w ubiegłym roku. Niektóre ze szkół, chcąc przyjąć jak największą liczbę maluchów, dokupują kontenery mieszkalne, w których od września będą się odbywać zajęcia starszych klas. Inne już planują rozbudowę. – Mamy trzykrotnie więcej kandydatów niż miejsc dla sześciolatków. Wszystkich nie przyjmiemy, bo nie mamy warunków lokalowych – usłyszeliśmy w gdańskiej II Społecznej SP, w której miesiąc nauki kosztuje 670 zł.

W społecznej SP nr 1 w Białymstoku dyrektor Marzenek Rysiński podjął decyzję o otwarciu dodatkowej klasy dla najmłodszych, a i tak wszystkich chętnych nie przyjmie. Poznańska społeczna SP nr 2 w tym roku otworzy aż trzy klasy tylko dla sześciolatków. Tu czesne też wynosi 670 zł.

– W planach mamy rozbudowę świetlicy – zdradza dyrektor tej placówki Agata Ludwa.

Lubińska społeczna SP im. Rady Europy planuje rozbudowę. – O jedno miejsce w pierwszej klasie ubiega się blisko 4 kandydatów. Musimy się przygotować na przyszłoroczną falę – mówi Maria Grudzień, sekretarz tej szkoły. Podobnie jest w stolicy. W prywatnej SP nr 114 do pierwszej klasy zgłosiło się o 50 proc. więcej chętnych niż przed rokiem. W innej warszawskiej społecznej szkole podstawowej – integracyjnej nr 100, która planuje otwarcie większej liczby pierwszych klas – rodzice uczniów usłyszeli, że starsi uczniowie będą się uczyć w kontenerach mieszkalnych, które już stanęły na dziedzińcu. Sale szkolne zajmą maluchy.

Skąd ten run na szkoły niepubliczne? Chodzi o komfort nauki. – Mniejsze klasy, wyższy poziom i standard wyposażenia. To łagodniejszy start dla sześciolatka – przekonuje nas jedna z matek, która posłała dziecko do szkoły społecznej, choć nieopodal domu ma szkołę publiczną.

Ale nie tylko o komfort tu chodzi. Już w przyszłym roku do pierwszych klas obowiązkowo będą musiały iść zarówno sześcio-, jako i siedmiolatki, a to oznacza przepełnione szkoły.

– Ta fala będzie przewijała się przez cały proces edukacji. Przez gimnazjum, liceum, studia. To oznacza większą konkurencję w dostępie do najlepszych szkół czy kierunków studiów, a potem na rynku pracy – tłumaczy Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Dlatego rodzice sześciolatków w obawie przed tym boomem chcą już umieścić swoje pociechy w systemie edukacyjnym. Wiele wątpliwości o to, w jakich warunkach będzie realizowany przyszłoroczny obowiązek szkolny przez 6- i 7-latków, zasiał raport głównego inspektora sanitarnego. Przed miesiącem pisał o nim „DGP”. Z informacji, do których dotarliśmy, wynika, że z 14 tysięcy skontrolowanych podstawówek (na 21 tysięcy działających w Polsce) 6 tysięcy nie jest gotowych na przyjęcie sześciolatków. Niektóre z nich nie mają nawet ciepłej wody. Brakuje stołówek. Meble i łazienki nie są dostosowane do wzrostu sześciolatków. Nie ma też zalecanych przez MEN pomieszczeń lub kącików na zabawę i odpoczynek dla maluchów. Kontrolerzy nie pozostawili wątpliwości – opóźnienia są tak duże, że gminy nie zdążą ich nadrobić do 1 września 2012 r.

Zapytaliśmy, jak ten problem zamierza rozwiązać MEN. Resort odpowiedział nam, że GIS nie badał przygotowania szkół pod kątem dzieci wyłącznie 6-letnich. – Standardy dla dzieci 6- i 7-letnich są jednakowe, a służby sanitarne stale nadzorują warunki higieniczno-sanitarne w placówkach oświatowo-wychowawczych, w tym w szkołach podstawowych – napisał nam Grzegorz Żurawski, rzecznik MEN.

PRAWO

Skąd wzięły się zmiany w systemie edukacji

Nowelizacja ustawy o systemie oświaty, która obniżyła wiek rozpoczęcia nauki w szkole do 6 lat, została uchwalona w 2009 r. Jej założenia były takie, że w latach szkolnych 2009/2010 – 2011/2012 na wniosek rodziców obowiązkiem szkolnym może być objęte dziecko, które w danym roku kalendarzowym kończy 6 lat.

● Dyrektor publicznej szkoły podstawowej, w obwodzie której dziecko mieszka, może przyjąć dziecko sześcioletnie, jeżeli pozwalają na to warunki organizacyjne szkoły, a dziecko było objęte wychowaniem przedszkolnym w roku szkolnym poprzedzającym rok szkolny lub uzyska pozytywną opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej o możliwości rozpoczęcia nauki.

● Od roku szkolnego 2012/2013 wszystkie sześcio- i siedmiolatki pójdą do szkoły. Z tą datą wiąże się także obowiązkowe przygotowanie przedszkolne pięciolatków od września 2011 r. W 2009 r. do szkoły poszło 5,5 proc. sześciolatków, które mogły skorzystać z tej możliwości, w 2010 – 12 proc. Szacuje się, że w zbliżającym się roku szkolnym do szkół trafi ok. 40 proc.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

  • 123 bla bla(2011-04-22 08:41) Odpowiedz 00

    Rzecznik MEN nie wie cco soę dzieje w szkołach (kłamie), bo za szkoły odpowiada gmina , a nie MEN. A Gmina nie ma pieniędzy na adaptacje do potrzeb sześciolatków (wymiary toalet, zlewów itp i td).
    To jest tylko "woda na młyn odwetowców"
    Szkoda mi tylko dzieci i rodziców.

  • 66belfer66(2011-04-22 10:24) Odpowiedz 00

    I o to chodziło i tak miało być!!! Dokładnie po to p.Hall i jej koleżanki ze szkół niepublicznych opanowały MEN oraz unijne programy przytgotowuące "reformy" edukacyjne !!!
    Udało im się napędzić prywatnym szkołom przestraszonych rodziców przy trwającym niżu demograficznym oraz zniszczyć publiczną konkurencję!!!
    Gratulacje!
    Tylko czy można gratulować Polsce???;-)

  • Kasia nie Hall(2011-04-22 21:02) Odpowiedz 00

    Zgadza się! To wręcz niesłychane, że takie osoby osoby zawiadują polską oświatą.
    Szkoły publiczne umierają. Nauczycieli obarczono dodatkowymi obowiązkami biurokratycznymi. Co chwile wprowadza się coś nowego. A to ewaluacje wewnętrzne marnotrawiące czas nauczycieli. Teraz dołożono obowiązkowe projekty oraz indywidualne podejście do uczniów. W nowej formie, co kończy się zazwyczaj zebraniami w nocy. Kobiety pracujące w oświacie już nie mają czasu dla swoich dzieci. Teraz nimi zajmują się tatusiowie i dziadkowie.

  • xxxx(2011-04-25 23:07) Odpowiedz 00

    Teraz się obudziliście? Przecież wiadomo, że ministerka Hall jest od wielu, wielu lat związana ze szkolnictwem prywatnym. I do niego wróci gdy już przestanie być ministrem.

  • 66belfer66(2011-04-26 19:58) Odpowiedz 00

    Nie!Teraz się ten tekst ukazał...;-)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane