Co więcej, całe urzędy mogą też przekonywać premiera do wyłączenia ich z konieczności zwolnień. Wystarczy, że odpowiednio to uzasadnią. Ponadto do stanu zatrudnienia nie będą też wliczane niektóre stanowiska, jak na przykład kierownicy, audytorzy, główni księgowi. Dodatkowo w dniu wejścia w życie ustawy osoby, które będą przebywać na urlopie macierzyńskim, wychowawczym czy ojcowskim, również będą zaniżać realny stan zatrudnienia w danym urzędzie.

– Ostatnia wersja projektu daje szanse dyrektorom na zachęcanie urzędników, aby z dniem wejścia w życie ustawy skorzystali na przykład z urlopu wychowawczego lub ojcowskiego. Dzięki temu rozwiązaniu urząd będzie musiał zwolnić mniej osób – ocenia Bogumiła Stanecka, dyrektor generalny wielkopolskiego urzędu wojewódzkiego.

Jej zdaniem o zwolnieniu powinny decydować efektywność pracy urzędnika, a nie zajmowane stanowisko.

Szefowie urzędu nie muszą się specjalnie obawiać konsekwencji zwolnień. Ustawa zapewni im specjalny tryb ich przeprowadzenia. Jeśli zwolniony pracownik odwoła się do sądu pracy, a ten go przywróci, urząd nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji. Na przykład nie będzie musiał zwolnić kolejnego urzędnika, aby utrzymać zamrożony stan zatrudnienia. Dodatkowo ustawodawca zabezpieczył się przed pozwami, wprowadzając przepis, który bezspornie wskazuje, że objęcie pracownika racjonalizacją jest podstawą do zwolnienia. W efekcie nie będzie mogły mieć zastosowanie inne ustawy, na przykład o służbie cywilnej.

Do ostatniej chwili wewnątrz rządu trwał spór, gdzie mają trafić pieniądze z oszczędności wprowadzonych dzięki redukcjom.

– Jeśli zwolnienia mają przynieść oszczędności, to pieniądze nie mogą zostać w urzędach. Z drugiej strony taki krok zapewniłby podwyżki dla najlepszych urzędników – mówi prof. Michał Kulesza z Uniwersytetu Warszawskiego.