Stowarzyszenie Dress for Success zbudowało swoje struktury w Polsce. Równo rok temu wystartowali w Katowicach, a dzisiaj obejmują opieką 110 bezrobotnych pań. – Pomagamy kobietom, które są długotrwale bezrobotne, samotnym matkom, ofiarom przemocy lub tym starającym się o powrót na rynek pracy. Współpracujemy z 2750 instytucjami na całym świecie – mówi Joi Gordon, szefowa światowej sieci DfS. Dzięki tej organizacji pół miliona kobiet na świecie otrzymało pomoc w poszukiwaniu pracy.

– Nasza filozofia działania jest bardzo prosta: kobieta poszukująca pracy musi zadbać o swój wizerunek. Dlatego dajemy podopiecznym pakiet kosmetyczny i garsonkę do pracy, a następnie trafiają one w ręce kreatorów wizerunku – wyjaśnia Dorota Stasikowska-Woźniak, dyrektorka Dress for Success Poland. I dodaje, że jednocześnie kobiety pracują nad emocjami i motywacją do pracy, uczą się autoprezentacji.

Podstawowym problemem polskiego DfS było zdobycie sponsorów. Całość kosztów opieki nad jedną beneficjentką to 2,5 – 3,5 tys. zł. Jedna z firm fryzjerskich na Śląsku zaoferowała tysiąc kompleksowych usług fryzjerskich, klinika stomatologiczna – „remont” uzębienia, producent kosmetyków wyposażył je w zestawy do makijażu, a wytwórca kremów z górnej półki podarował swoje produkty. Centrum fitnessu zaproponowało zajęcia sportowe. Odzież do pracy została zebrana pośród kobiet biznesu, artystek, dziennikarek, lekarek, wykładowczyń akademickich i byłych europosłanek, jak np. prof. Genowefa Grabowska. W DfS pracują tylko wolontariuszki.

Beneficjentki mogą także skorzystać ze wsparcia tzw. mentorek. – Żyjemy w świecie, w którym liczy się umiejętność działania razem. Dobry przykład ma siłę – mówi prof. nauk ekonomicznych Krystyna Lisiecka, jedna z mentorek.

40-letnia Magdalena Sikora o DfS dowiedziała się w urzędzie pracy. – Przez lata siedzenia w domu poczułam, że zdziczałam. Jakieś listy motywacyjne, jakieś CV? A co to jest? Dzięki warsztatom w DfS, pracy z trenerami, ale przede wszystkim z psychologiem nauczyłam się myśleć, że dam radę – mówi pani Magdalena.

Ewa, prosząca o zachowanie anonimowości, ma 46 lat, czwórkę dorastających dzieci i pragnie znaleźć pracę. Na razie złapała umowę-zlecenie w supermarkecie, ale na początek dobre i to. – Kiedy usłyszałam od mojej mentorki, że jestem bystra, poczułam, jakby mi skrzydła urosły – opowiada.

W beczce miodu jest jednak także łyżka dziegciu. Mentorki zwracają uwagę na niezdolność niektórych kobiet do zaangażowania się w poszukiwanie pracy. Nie odbierają telefonów, unikają kontaktów, są wrogo nastawione do współpracy. Ale takich, którym chce się chcieć, jest na szczęście więcej.