Przez ostatnie 20 lat rządzący Polską traktowali państwowe spółki jako cenny łup wyborczy. Dziś jest nieco lepie.j
Publikacja: 24 czerwca 2010, 09:21 Aktualizacja: 24 czerwca 2010, 09:32
W pokryzysowej rzeczywistości aktywność gospodarcza państw na całym świecie nabiera znaczenia. Od liberalnych Stanów Zjednoczonych poprzez etatystyczną Francję do pragmatycznych Niemiec politycy mówią o konieczności interwencjonizmu, przede wszystkim w sferze regulacyjnej, ale częściowo także właścicielskiej. Co więcej, zarówno w świecie, jak i w Polsce, pojawia się społeczne przyzwolenie na tego rodzaju działania. Ale politycy i ekonomiści na Zachodzie dobrze wiedzą, że ta wzrastająca rola państwa nie może oznaczać bezpośredniego, ręcznego sterowania gospodarką. Poszukiwane są rozwiązania, które z jednej strony zagwarantują wpływ państwa, głównie o charakterze kontrolnym i prewencyjnym, ale z drugiej – nie spowodują obniżenia jakości funkcjonowania podmiotów zależnych od państwa, a przynajmniej maksymalnie ograniczą występowanie wszystkich znanych od dawna plag państwowego właściciela – uznaniowości, nieklarowności, przedkładania kryteriów politycznych nad ekonomiczne itd. Problem efektywnych rozwiązań w obszarze zwanym state corporate governance jest jednym z najważniejszych wyzwań współczesnej ekonomii i polityki gospodarczej.
W te nowe trendy dobrze wpisuje się projekt zasad nadzoru właścicielskiego państwa (NPNW – Narodowy Program Nadzoru Właścicielskiego) autorstwa Rady Gospodarczej kierowanej przez Jana Krzysztofa Bieleckiego, odnoszący się do kilkunastu największych i najważniejszych dla gospodarki polskiej spółek, w których państwo ma zachować większościowe lub dominujące udziały. Niemniej u ekonomisty liberała musi on wywoływać mieszane odczucie mniejszego zła. Oznacza bowiem utrwalenie na długie lata kontroli państwa nad kluczowymi polskimi przedsiębiorstwami, co można uzasadniać jedynie względami społeczno-politycznymi, a nie ekonomicznymi. Ale jednocześnie, trzeba przyznać, tę kontrolę „cywilizuje” i obiektywizuje.
Propozycje RG w skrócie można sprowadzić do dwóch kwestii: przesunięcie najważniejszych decyzji kadrowych w spółkach NPNW w ręce Komitetu Nominacyjnego – profesjonalnego, apolitycznego i niezależnego od administracji organu, oraz ograniczenie roli państwowego właściciela do oddziaływania przez strategiczne decyzje WZA oraz do monitorowania wyników spółek i realizacji postawionych zadań przy wykorzystaniu tzw. Kluczowych Wskaźników Oceny (KPI).
Ale można wątpić, czy ten ciekawy koncepcyjnie i mimo wszystkich zastrzeżeń korzystny dla polskiej gospodarki program będzie wdrożony.
Spółki Skarbu Państwa, szczególnie te największe i najbogatsze, od początku polskich przemian stanowiły cenny łup wyborczy. Obsadzanie zarządów i rad nadzorczych nieprzerwanie od 20 lat traktowane jest jako bezdyskusyjny przywilej ekipy rządzącej, a zasiadanie w radach – jako naturalny sposób wynagradzania osób cieszących się zaufaniem władzy. Do historii frazeologii politycznej III RP weszło określenie ministra SLD-owskiego rządu sprzed 8 laty „niech się Stasiek sprawdzi w biznesie” (choć akurat w tym konkretnym przypadku – paradoksalnie – „Stasiek” się sprawdził). Tajemnicą poliszynela podczas prezydentury Lecha Wałęsy czy Aleksandra Kwaśniewskiego były targi między „małym pałacem” a „dużym pałacem” na temat obsady zarządów i rad nadzorczych w KGHM czy w Orlenie, które zmieniały się zresztą dokładnie w rytm kolejnych wyborów parlamentarnych. Trzeba dodać, że w ostatnich latach nastąpiły pewne zmiany na lepsze – ich przejawem jest wprowadzenie przez ministra Aleksandra Grada otwartych i częściowo jawnych postępowań kwalifikacyjnych do rad nadzorczych, niemniej np. w kluczowej kwestii powoływania, rozliczania i wymiany zarządów najważniejszych spółek nadal obowiązują stare zasady, czy raczej stare zwyczaje.
1: Politycy potrafią z IP: 87.207.247.* (2010-06-24 10:52)
WSZYSTKO ZEPSUĆ - oni nadają się do pracy sejmowej, a konkretnie do;
-picia w bufecie sejmowym /coś tam, coś tam/;
-czytania gazet w czasie obrad;
-spania w hotelu w czasie obrad sejmowych /są zmęczenii po nocy/ - ledwie potrafią rozróżnić 3-y PRZYCISKI /CHOCIAŻ CZASEM I TO IM SIĘ MYLI/.
2: kaki z IP: 213.25.175.* (2010-06-24 11:17)
Ciekawe co z tego wszystkego wyjdzie jak opisuje artykul.
3: gumiś z IP: 83.31.200.* (2010-07-26 09:33)
Nie trzeba daleko szukać, by wiedzieć , że żyjemy w kraju gdzie wyzyskuje się pracownika na maksa. Pracuję w ochronie tylko i wyłącznie na noce po dwanaście godzin(dyżur). Z tego tytułu nie mam żadnych dodatków...dyżury przypadają "w piątek i świątek". Kiedy bym nie pracował , to zawsze jest stawka 5,50 zł/h...co daje miesięcznie 960zł. I żyj tu !!! Żadnych premii czy innych dodatków. Żadnego urlopu (chcesz, to znajdź kogoś na zastępstwo i mu płać!!) , żadnych badań lekarskich, żadnej wody w upały, żadnego zwolnienia lekarskiego (bo wylatujesz)...nic nie masz. Masz tylko robić i o nic się nie upominać, bo to i tak idzie w kosmos...ot taka sobie praca niewolnicza w Rzeczpospolitej...
Czy pracodawca musi osobiście dostarczyć do ZUS zaświadczenie o przychodzie

Szpitale przestaną pokrywać koszty pobytu pacjentów, którzy nie wymagają leczenia, lecz jedynie całodobowej opieki.