Ministerstwo Zdrowia chce skrócić czas oczekiwania na badania i zabiegi lekarskie. Lekarze, w tym także ci bez specjalizacji, mają więc zyskać możliwość uzyskania specjalnych certyfikatów umiejętności. To oznacza, że np. lekarz pediatra, który nie może wykonywać badań usg, bo program nauki jego specjalizacji nie przewidywał zdobycia tych umiejętności, będzie mógł to robić, jeżeli odbędzie specjalne szkolenie. Projekt założeń do nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, którym na początku przyszłego miesiąca może zająć się rząd, przewiduje, że do wykonywania 56 umiejętności niezbędne będzie posiadanie certyfikatu.

– Takie rozwiązanie funkcjonuje w wielu krajach. W Polsce takie certyfikaty są nadawane lekarzom przez różne stowarzyszenia czy towarzystwa. Tyle że nie mają żadnej wartości – mówi profesor Jerzy Kruszewski, przewodniczący Komisji Kształcenia Naczelnej Rady Lekarskiej.

Dodaje, że propozycja resortu zdrowia ma to porządkować. Program szkoleń ma więc być zatwierdzany przez ministra zdrowia, a będą się one odbywać tylko w akredytowanych placówkach. Nie oznacza to jednak, że eksperci nie widzą zagrożeń, jakie może powodować wprowadzenie certyfikatów.

– NFZ może np. w ten sposób ograniczać dostęp do świadczeń. Tak się stanie, jeżeli uzna, że tylko lekarze, którzy mają świadectwa, będą mogli wykonywać endoskopię czy zdjęcia rentgenowskie za pieniądze z funduszu – uważa Jerzy Kuszewski.

Ministerstwo Zdrowia nie zgadza się z tymi argumentami.

– Certyfikaty nie mają ograniczać dostępu do świadczeń. Wręcz przeciwnie – potwierdzą, że badanie czy zabieg wykonuje lekarz, który odbył odpowiednie szkolenie i na pewno potrafi to robić – mówi Piotr Olechno, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Zanim lekarz uzyska certyfikat, będzie musiał zdać państwowy egzamin umiejętności. Zapłaci za niego 800 zł oraz 50 zł za wydanie świadectwa. Jak podkreślają sami zainteresowani, te opłaty nie powinny ograniczyć zainteresowania ich zdobyciem.

– Barierą może się okazać koszt samego szkolenia. Już teraz za kurs np. z wykonywania diagnostyki obrazkowej lekarz musi zapłacić kilka tysięcy złotych – uważa Andrzej Milczuk, lekarz rodzinny z Warszawy.