Właśnie z takim problemem borykają się polskie gminy. Choć nabór na rachmistrzów kończy się za dwa dni, do wielu biur spisowych nie zgłosił się jeszcze żaden chętny do tej roli.

Rachmistrz może zarobić 30 zł za jedno spisane gospodarstwo. W gminie Marklowice na Śląsku, gdzie do spisania jest ok. 150 gospodarstw, rachmistrz może więc zarobić 4,5 tys. zł. – Dla bezrobotnych czy studentów, którzy najchętniej zgłaszają się do tej pracy, to przecież sporo – mówi Marcin Burszczyk, który w gminie odpowiada za spis. Jednak w Marklowicach do spisu zgłosił się jeden chętny student.

W Wąchocku, gdzie potrzeba czterech rachmistrzów, nie ma żadnego kandydata. W gminie Łęczna koło Lublina, gdzie rachmistrz może zarobić nawet 5 tys. zł, zgłosiły się dwie osoby. Kiedy problem opisała lokalna prasa, nadeszło jeszcze kilka podań. – Nie wiemy jednak jeszcze, czy chętni spełniają kryteria – mówi Grzegorz Kuczyński, rzecznik urzędu gminy. Główny Urząd Statystyczny wymaga bowiem, by osoba przeprowadzająca spis, oprócz tego, że jest asertywna i kulturalna, mieszka i pracuje na terenie gminy, miała podstawową wiedzę na temat rolnictwa i znała podstawy obsługi komputera. Ten ostatni warunek jest potrzebny po to, by opanować obsługę specjalnego panelu, za pomocą którego przeprowadzany jest spis. Panel, czyli urządzenie handheld, przypomina telefon komórkowy z ekranem dotykowym, do którego osoba przeprowadzająca spis będzie wprowadzać dane. – Pierwszy raz w historii spis będzie w pełni skomputeryzowany – mówi rzecznik GUS Wiesław Łagodziński. Jednak to, co jego fascynuje, może właśnie odstraszać potencjalnych rachmistrzów. – Ludzie boją się tego panelu – mówi pracownik urzędu gminy w Wojkowicach Śląskich. Dopóki dane wpisywało się do papierowych arkuszy, problemów z naborem nie było.

Nasi rozmówcy rozważają jeszcze inne hipotezy. Praca jest ciężka i nie dla każdego. – Trzeba wiedzieć, co to jest kwintal przeliczeniowy, rozumieć, o czym mówią starsi ludzie, którzy operują pojęciem „metr zboża” – wylicza Grzegorz Kuczyński z Łęcznej.

Wiesław Łagodziński zapewnia jednak, że komplikacje te, choć niepokojące, spisowi nie zagrożą. – W razie czego w odwodzie są pracownicy urzędów gminy, aparat rolny, agronomowie czy uczniowie ostatnich klas szkół rolniczych – wymienia źródła ratunku. Bo spis, który ma stworzyć mapę rolną całej Europy, od którego będzie zależała polityka rolna całej Europy, nie może być zagrożony z powodu 12 tys. osób, których potrzeba do przeprowadzenia badań w terenie.