Co piątemu polskiemu dziecku grozi nadwaga – wynika z pierwszego w Polsce badania o otyłości. Wśród gimnazjalistów 6 proc. dzieci ma problem z nadwagą, a 11 proc. jest otyłych. Najbardziej zagrożeni tą dolegliwością są chłopcy.
Publikacja: 31 maja 2010, 03:00 Aktualizacja: 31 maja 2010, 13:32
Największe problemy z wagą mają dzieci z rodzin średniozamożnych z miast średniej wielkości. – To te, które nie muszą oszczędzać na jedzeniu, ale których jeszcze nie stać na promowanie zdrowego stylu życia – wyjaśnia autor badań Zbigniew Kułaga z zakładu zdrowia publicznego w Centrum Zdrowia Dziecka. I dodaje, że skala zjawiska zaskoczyła badaczy. Zakład w ramach projektu „Olaf” zbadał prawie 18 tys. dzieci w wieku od 7 do 18 lat. To pierwsze tak szeroko zakrojone badania po 1989 r.
Problemy z wagą powodują, że do lekarzy trafiają dzieci z nadciśnieniem tętniczym, które uznawano dotąd za chorobę dorosłych i którym pediatrzy raczej się nie zajmowali. – Ale teraz często są do tego zmuszeni, bo przychodzą do nich dzieci z coraz większymi problemami – mówi prof. Anna Dobrzańska, konsultant krajowy ds. pediatrii. Z jej badań wynika, że Polska dogania w tej sferze Europę. Choć daleko nam jeszcze do Wielkiej Brytanii – tam co trzecie dziecko zmaga się z otyłością, a 17 proc. grozi nadwaga. – Jeśli nic się nie zmieni, w szybkim tempie możemy osiągnąć podobne wskaźniki – mówi prof. Dobrzańska.
Z badań Głównego Inspektoratu Sanitarnego wśród gimnazjalistów wynika, że 6 proc. dzieci ma nadwagę, a 11 proc. jest otyłych. Nic dziwnego: jedna czwarta nastolatków przyznaje, że podjada w nocy. Tyle samo rezygnuje z pierwszego śniadania. A w ich jadłospisie znajdują się głównie batony, chipsy i kanapki. Kupują je najczęściej w szkolnych sklepikach. – Rodzice nie mają czasu na zrobienie śniadania, więc dają dziecku kilka złotych i mówią: „Kup sobie coś w sklepiku”, pozbywając się problemu – mówi Agnieszka Barańska, nauczycielka w jednej z warszawskich podstawówek. I dodaje, że rodzice rzadko kiedy kontrolują potem, co dzieci sobie kupują.
Złe żywienie to niejedyna przyczyna tycia dzieci. Kolejną jest brak ruchu. Z badań GIS wynika, że dzieci jako jedyną formę aktywności wskazują drogę do szkoły – tak deklaruje 60 proc. – i zajęcia wychowania fizycznego. W dodatku często uczniowie, którzy mają problemy z tuszą, uzyskują zwolnienia lekarskie z lekcji WF.
– Coraz więcej dzieci jest podwożonych do szkół, a czas wolny spędzają one przed komputerem lub telewizorem – mówi Dobrzańska. W efekcie co piąte dziecko skarży się na problemy z kręgosłupem, stawami, sercem czy astmą. Jednak tej złej oceny stanu zdrowia nie potwierdzają rodzice: zdecydowana większość z nich twierdzi, że ich dzieci są zdrowe.
Zdaniem Dobrzańskiej diagnoza jest, ale gorzej z pomysłem, jak zmienić stan rzeczy. I nie doprowadzić do sytuacji takiej jak w Wielkiej Brytanii, gdzie publiczna służba zdrowia wydaje na leczenie chorób wywołanych nadwagą i otyłością 4,2 mld funtów rocznie.
Efektem badań w ramach projektu „Olaf” jest opracowanie norm wartości ciśnienia tętniczego dla polskich dzieci. Dotychczas korzystano z norm dla dzieci amerykańskich.
źródło:
Dziennik Gazeta Prawna
1: n z IP: 213.25.175.* (2010-05-31 04:50)
Lepiej zapobiegac jak najwczesniej niz pozniej wydawac ciezkie pieniadze na lekarzy.
2: wormer z IP: 79.191.100.* (2010-05-31 13:52)
Zamiast kampanii społecznych typu "Pij mleko" - powinny być kampanie "Czytaj etykiety produktów" i "Kontroluj co spożywasz", ale ludzie pewnie i tak byliby zbyt tępi by załapać...
3: julia z IP: 79.191.78.* (2010-05-31 19:50)
ja na szczęście nie mam takiego problemu... koszykówka, lekka atletyka, chodzenie po górach, badminton, pływanie i windsurfing... Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Jednak jak rozmawiam na te tematy z ludźmi z mojego otoczenia (głównie gimnazjum)... nie potrafię im się nadziwić. Tym bardzije, że sami nie widzą w tym problemu. Lub na odwrót- dziewczyny narzekają na swoją otyłość, ale zamiast na zdrowe odżywianie i sport stawiają na bezsensowne głodówki... jednym słowem dramat
Czy pracodawca musi osobiście dostarczyć do ZUS zaświadczenie o przychodzie

Szpitale przestaną pokrywać koszty pobytu pacjentów, którzy nie wymagają leczenia, lecz jedynie całodobowej opieki.