Minął właśnie miesiąc od wejścia w życie reformy oświaty, zgodnie z którą do szkoły po raz pierwszy poszły sześciolatki. I, jak twierdzą nauczyciele i rodzice, radzą sobie doskonale w zreformowanej szkole. Na zmianach ucierpieli jednak ich o rok starsi koledzy: dla nich nowe wymagania programowe przygotowane przez MEN są po prostu zbyt niskie.

Kiedy minister edukacji Katarzyna Hall po raz pierwszy ogłosiła plany obniżenia wieku szkolnego, zamierzała wysłać do pierwszej klasy wszystkie sześciolatki, i to już od września tego roku. Ugięła się jednak pod gwałtownymi protestami rodziców i nieco zmieniła reformę. Przez najbliższe 3 lata to sami rodzice mogą zdecydować, czy chcą, by ich sześcioletnie dzieci poszły do szkoły. MEN liczył, że w pierwszym roku reformy do szkoły pójdzie ok. 116 tys. sześciolatków, czyli jedna trzecia całego rocznika. Życie szybko zweryfikowało te plany: do pierwszych klas trafiło we wrześniu jedynie kilkanaście tysięcy najmłodszych uczniów. Reszta, czyli ponad 300 tys., to dzieci siedmioletnie.

Nauka przez zabawę

I wtedy pojawił się problem. Przygotowując założenia edukacyjnej reformy, minister Hall skupiła się bowiem głównie na potrzebach sześciolatków. I to do ich poziomu został dostosowany nowy program nauczania. W skrócie te założenia określano tak: nauka przez zabawę. Zgodnie z wytycznymi wydawcy przygotowali też nowe podręczniki. – Są o wiele łatwiejsze niż te w zeszłym roku. Nawet literki czy cyfry w ćwiczeniach są pisane w znacznie większych liniaturach–przyznaje Paweł Komisarczuk z wydawnictwa Operon.

I rzeczywiście, sześciolatki radzą sobie w pierwszej klasie doskonale. Jak opowiada Joanna Gruszczyńska z Warszawy, jej 6-letni syn Franek szkołę po prostu uwielbia. – Zaczyna właśnie poznawać literki i jest z siebie bardzo dumny. Codziennie, kiedy wraca ze szkoły, chwali się, czego się nauczył – opowiada. Podobne wrażenia mają również inni rodzice, a także nauczyciele.

O wiele gorzej czują się w szkole siedmiolatki, które już od roku funkcjonują w systemie edukacyjnym. Bynajmniej nie dlatego, że nauka okazała się dla nich zbyt trudna – oni na lekcjach po prostu się nudzą. – Rysujemy swoją rodzinę i kolegów, robimy szlaczki i wklejamy nalepki w ćwiczeniach – mówi 7-letnia Martyna Iwasiuk, która uczy się w podstawówce w Warszawie. Dziewczynka potrafi już czytać i chętnie rozwiązuje zadania matematyczne.

Również nauczyciele zgodnie twierdzą, że pierwszoklasiści mają niewiele do nauki. – Program kończy się na dodawaniu do dziesięciu, więc dzieci nudzą się, bo to już robiły w zerówce – opowiada Agnieszka Łapińska, nauczycielka nauczania początkowego z Warszawy. Podobnego zdania jest wychowawczyni pierwszej klasy z Gdańska Małgorzata Baranowska, która ostrzega, że tak niskie wymagania mają fatalny wpływ na rozwój uczniów. Dlaczego? Bo nie nauczą się pracować i przyzwyczają się, że wszystko przychodzi im z ogromną łatwością. – To jest rocznik, który został poświęcony dla idei obniżenia wieku szkolnego – twierdzi Baranowska.

Żywa dyskusja na ten temat toczy się na internetowym portalu „Forum rodziców”. „Moja 7-letnia córka dziś z płaczem szła do klasy. Gdy pytam dlaczego, odpowiada: bo jest nudno i tylko kolorujemy, ciągle kolorujemy, a ja chciałabym pisać. W zerówce przedszkolnej dzieci uczyły się pisać, czytać, liczyć” – napisała internautka Kalina. Inny rodzic twierdzi, że w szkole są trzy pierwsze klasy, a w nich tylko jeden sześciolatek. „I mimo to wszystkie trzy klasy uczą się programu dla 6-latków. To jest kompletnie poroniony pomysł” – denerwuje się.