•  Związki zawodowe walczą o równe podwyżki dla wszystkich pedagogów
  •  Dyrektorzy szkół chcą dodatkowych pieniędzy na system motywacyjny
  •  Za podwyżki przyznane nauczycielom przez rząd płacą samorządy

Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiedziało powołanie specjalnego zespołu ds. zmiany systemu wynagradzania nauczycieli. System ten krytykują dyrektorzy szkół i samorządy. Pierwsi nie mają możliwości dowartościowania wyróżniających się pedagogów, drugim brakuje funduszy na podwyżki ustalane przez resort edukacji. Jedni i drudzy zgodnie twierdzą, że wynagrodzenia nauczycieli są zbyt niskie.

Brakuje motywacji

- Każdy, kto ma szansę znaleźć pracę za więcej niż 900 zł miesięcznie netto, nie zatrudni się w szkole - mówi Joanna Berdzik, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Dopiero po dziesięciu latach wynagrodzenie netto nauczyciela wzrasta do 2,5 tys. zł. Dyrektorzy szkół podkreślają jednak, że podwyższenie pensji zasadniczych to za mało. Obecny system wynagrodzeń nie pozwala docenić najlepszych nauczycieli.

Teoretycznie dyrektor może przyznać dodatek motywacyjny. Praktycznie jego miesięczna wysokość nie przekracza 100 zł. Jedynie duże miasta płacą 200 zł. W małych gminach wynosi on średnio 40 zł.

- W praktyce w danej grupie awansu zawodowego wszyscy nauczyciele zarabiają po równo, a tak nie powinno być - mówi Zdzisław Kusztal, dyrektor VIII LO w Krakowie.

- W efekcie dzisiejsza szkoła promuje nauczyciela średniaka - nauczyciela, któremu nie można zarzucić jawnych uchybień wobec wykonywanego zawodu - podkreśla Jan Wróbel, dyrektor Społecznego Liceum Bednarska w Warszawie.

Sposób na najlepszych

Jan Wróbel proponuje wprowadzić dodatkowo system oceny subiektywnej. Rada szkoły albo specjalna komisja przyznawałaby na czas określony stały, wysoki dodatek do pensji za wyróżniającą się pracę z dziećmi. Wówczas nauczyciele z własnej inicjatywy będą przebywać w szkole od 8 do 16 i nikt im nie zarzuci, że pracują tylko 18 godzin i mają długie wakacje - podkreśla Jan Wróbel.

Wprowadzenie takiego rozwiązania wymaga zmian w przepisach Karty Nauczyciela. Tym sprzeciwiają się związki zawodowe i Ministerstwo Edukacji. Krystyna Szumilas, przewodnicząca sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, uważa, że jeśli związkowcy wywalczą pieniądze, to o wysokości podwyżek powinni zdecydować samorządowcy, a nie minister.

Co roku rząd przekazuje samorządom tzw. subwencję oświatową. Z niej gminy wypłacają wynagrodzenia nauczycielom. Wysokość pensji zależy jednak od stawek zasadniczych ustalanych co roku przez ministra edukacji. Jeśli minister zwiększa wysokość subwencji proporcjonalnie do wzrostu stawek, to samorządom brakuje pieniędzy na dodatki motywacyjne.

- Dlatego minister powinien podwyższyć wynagrodzenie zasadnicze tylko o poziom inflacji i zobowiązać samorządy do podwyższenia dodatków motywacyjnych - podkreśla Krystyna Szumilas.

Byłby to zalążek efektywnego systemu motywacyjnego.

Rozwiązanie to krytykuje Sławomir Broniarz, prezes ZNP.

- Ciężko wywalczone pieniądze na uzasadnione podwyżki gminy mogłyby wydać na inne potrzeby, np. drogi. Nikt bowiem nie rozlicza gminy z tego, na co przeznaczyła subwencję - podkreśla Broniarz.

Posłanka wyjaśnia jednak, że minister może odpowiednio podwyższyć średnie wynagrodzenie nauczycieli, a regionalne izby obrachunkowe sprawdzić, czy na terenie danej gminy średnia płaca nauczyciela nie jest zbyt niska.

Kosztem samorządów

Samorządowcy z kolei zapewniają, że dużo gmin dokłada z własnego budżetu do pensji nauczycieli.

- Ponadto większość samorządów wydaje więcej na podwyżki dla nauczycieli, niż dostaje z budżetu państwa - podkreśla Marek Olszewski, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.

Fundusze na podwyżki zwiększają bowiem subwencję oświatową, która jest dzielona pomiędzy gminy. Algorytm podziału odnosi się do liczby uczniów, a nie nauczycieli. W efekcie nie ma bezpośredniego związku między wysokością subwencji naliczoną dla danego samorządu a jego rzeczywistymi kosztami płac nauczycielskich. W gminie z małą liczbą uczniów może być dużo nauczycieli dyplomowanych, a przecież to ich pensje kosztują najwięcej.

- Tak naprawdę system finansowania oświaty wymaga szybkich zmian - podkreśla Krystyna Szumilas.

jolanta GÓRA

jolanta.gora@infor.pl