ROZMOWA

DOMINIKA SIKORA

W ciągu ostatnich lat nakłady NFZ na lecznictwo szpitalne wzrosły o 11 mld zł. Dlaczego nie widać tego w lepszym dostępie do świadczeń czy podniesieniu ich jakości?

RAFAŁ JANISZEWSKI

Złożyło się na to kilka elementów. Chociaż na leczenie szpitalne nominalnie przeznacza się więcej pieniędzy, to nie są one wydawane tylko na bezpośrednie koszty świadczeń. Z tych pieniędzy szpitale płacą również za amortyzacje – chociażby sprzętu medycznego, czy pokrywają koszty, wody, gazu czy prądu.

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że większość z tych pieniędzy zostało przeznaczonych na wzrost płac lekarzy?

Nie wiem, czy większość. Prawdą jest, że w części szpitali koszty osobowe – wynagrodzeń i pochodnych – przekraczają 80 proc. ich budżetu. Niewiele zostaje wtedy na leczenie, przy założeniu że placówka musi ponieść jeszcze wydatki na energię elektryczną, wodę czy utrzymanie obiektu.

Od prawie roku szpitale rozliczają się z NFZ na podstawie zmienionego systemu tzw. jednorodnych grup pacjentów. Może ta zmiana spowodowała zawyżanie wyceny niektórych świadczeń?

Stosując modyfikację wyceny, można zwiększać zainteresowanie szpitali wykonywaniem niektórych świadczeń. I może to przynosić pozytywne rezultaty. Przykładem może być chirurgia urazowo-ortopedyczna, gdzie atrakcyjne wyceny endoprotezoplastyki doprowadziły do powstania nowych oddziałów, a tym samym skrócenia kolejek do tych zabiegów. Innym przykładem jest kardiologia inwazyjna. Są to jednak wybrane obszary, uznane za NFZ za priorytetowe ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów. Jest jednak wiele takich obszarów, w których dostępność jest mała albo prawie jej nie ma.