No to jak ustalać ceny?

Proponujemy ustalić maksymalną kwotę refundacji za lek, której nie można by przekraczać. Wyglądałoby to tak: firma przychodzi z nowym produktem, który chce wprowadzić na listę leków refundowanych, podaje populację pacjentów, którzy by go potrzebowali, a my sprawdzamy jego skuteczność. Jeśli wszystko jest w porządku, wpisujemy nowy środek na listę leków refundowanych i ustalamy wartość jego sprzedaży w zależności od szacunków co do liczby potrzebujących go pacjentów. Powiedzmy, że jest to np. pięć milionów złotych rocznie. Jeżeli potem okaże się, że aktywność firmy jest bardzo duża i lekarze przepisują nowy lek na potęgę, to kiedy zostanie przekroczona kwota pięciu milionów, resztę dokłada firma z własnej kieszeni. My z budżetu nie zapłacimy więcej – umówiliśmy się na pięć milionów i koniec. Pacjent tego nie odczuje, dla niego cena będzie ta sama. Ale w ten sposób firma farmaceutyczna bierze współodpowiedzialność za wprowadzenie leku na rynek.

Czy firmy farmaceutyczne zawyżają ceny?

Na pewno nie rozdają leków z dobroci serca, tylko chcą na nich zarabiać. I lobbują na rzecz swoich leków na wszystkich frontach, wykorzystując nawet stowarzyszenia pacjentów.

Jak to?

W większości są one sponsorowane przez firmy farmaceutyczne. Wydaliśmy więc rozporządzenie, które nakazuje stowarzyszeniom, które wysyłają prośbę o spotkanie, aby pisały, przez którą firmę są sponsorowane.

Ale może czasem rzeczywiście niektóre nowe leki warto refundować?

I tak robimy. Zależy mi jednak, aby cena takich leków była wyważona, a badania o ich skuteczności – wiarygodne. Nie chciałabym jednak, żeby pewne rzeczy były wymuszane na władzy. Nie podoba mi się, kiedy stowarzyszenia domagają się finansowania jakiegoś leku, bo jest on już refundowany w Europie. Proszę pamiętać, że wciąż nadganiamy dystans, który nas od tej Europy dzieli. A nie da się tego zrobić błyskawicznie.

I dlatego zablokowała pani unijną dyrektywę, która umożliwiałaby Polakom swobodne leczenie się w całej Europie?

Nie mogliśmy się zgodzić, by można było się leczyć, gdzie się zamarzy, a potem szukać refundacji w NFZ. Gdybyśmy przyjęli tę dyrektywę, weszłyby w życie zapisy, zgodnie z którymi NFZ płaciłby za każdą usługę z każdego gabinetu w Polsce i zagranicą. To zrujnowałoby Fundusz.

Przecież szwedzka prezydencja, która przygotowywała dyrektywę, zmieniła zapis tak, żeby Polska nie musiała się tego obawiać.

Tak, ale jedynie w preambule, a nie w dyrektywie! A obowiązuje dyrektywa, a nie preambuła. Poza tym teraz Polacy nie mają zablokowanego leczenia za granicą.

Ale jest dostępne dla wybrańców! NFZ zrefunduje je wtedy, jeżeli nie można otrzymać pomocy w Polsce.

Ale takich przypadków było w zeszłym roku 302 i wydaliśmy na nie 29 mln zł. Proszę sobie wyobrazić koszty, gdybyśmy pozwolili wszystkim leczyć się za granicą. Mogłoby się okazać, że zabraknie pieniędzy dla biednych, starszych, mniej mobilnych, którzy nie pojadą zagranicę.