- Średni udział kobiet we władzach największych spółek publicznych dla Polski kształtuje się mniej więcej na poziomie 24 proc, a dla Unii Europejskiej – ok. 30 proc. – przypomniała Sirocka w rozmowie z zastępcą redaktora naczelnego DGP Markiem Tejchmanem podczas Europejskiego Kongresu Finansowego.

- Powyżej tej średniej z reguły plasują się kraje, które wprowadziły jakieś rozwiązania powiedziałabym sztywne, prawne – dodała. - To m.in. Francja, gdzie takie parytety istnieją. Po brexicie nie możemy podać przykładu z Wielkiej Brytanii, gdzie regulacje miały formę miękką, na zasadzie „spełniasz, albo się wytłumacz”. Wielka Brytania też ma wskaźniki dość wysokie, ok. 40 proc.

Reklama

Rozmowa została przeprowadzona wkrótce po wiadomości, że ostatecznie Parlament Europejski porozumiał się z Radą Europejską jeżeli chodzi o dyrektywę, która wprowadza wymogi dla płci niedoreprezentowanych we władzach publicznych spółek („niedoreprezentowanych”, ponieważ może dotyczyć to i kobiet, i mężczyzn.

- Przed nami przyjęcie tego przez Parlament, co jeszcze oczekiwane, ukazanie się w Dzienniku UE i będziemy mieli do czynienia z dyrektywą, co do której poszczególne kraje UE będą miały czas na wdrożenie – wyjaśnia ekspertka. - Dyrektywa przewiduje, że do 30 czerwca 2026 powinniśmy mieć 40 proc kobiet w non-executive directors (czyli w prosty sposób przekładając na sytuację prawną w Polsce: w radach nadzorczych) bądź 1/3 kobiet we władzach ogólnie, czyli radzie nadzorczej plus zarządzie.

- W mojej ocenie jest teraz duża praca przez organizacjami, przed spółkami, która spowoduje, że z tej regulacji będą miały korzyści – mówi Sirocka.

Jakie będą to korzyści? Zapraszamy do obejrzenia rozmowy.