Na przykład zakaz wypłaty dywidendy przez banki w Polsce w celu dalszego wzmocnienia kapitałów banków. Taka decyzja będzie również oznaczać, że prawie 10 mld zł z ewentualnej dywidendy dla zagranicznych właścicieli pozostanie w Polsce i będzie tutaj wspierać rozwój. Proponowałem rozpoczęcie przygotowań, ponieważ zbliżamy się do klifu fiskalnego. Jeżeli dług publiczny liczony kreatywną metodą Rostowskiego przekroczy 55 proc. PKB, to na mocy ustawy o finansach publicznych trzeba będzie zrównoważyć budżet, czyli obciąć wydatki i podnieść podatki na kwotę około 50 mld zł w ciągu jednego roku. Nie wiemy, jakie wydatki będą redukowane, jakie podatki zostaną podniesione, bo nikt na ten temat nie debatuje. Za półtora roku trzeba będzie te decyzje podejmować na oślep. Proponowałem radykalne zmniejszenie liczby regulacji przez unieważnienie wszystkich ustaw reglamentujących obrót gospodarczy z datą 1 stycznia 2015 r. i do tego czasu przygotowanie nowych przepisów, które będą wdrażane tylko wtedy, gdy profesjonalna ocena skutków regulacji pokaże, że jest to w interesie Polski. Proponowałem działania na rzecz budowy kapitału społecznego poprzez stworzenie partnerstwa publiczno-społecznego, gdzie organizacje pożytku publicznego będą przejmowały niektóre funkcje wykonywane przez administrację publiczną. W końcu pokazywałem, że w ciągu dwóch dekad liczba urzędników wzrosła ze 158 tys. do 450 tys. i dalej rośnie, co jest dowodem na dysfunkcjonalną strukturę władzy. Do mediów przebiła się jednak tylko moja propozycja ograniczenia ryzyka demograficznego tsunami przez ustanowienie stypendium demograficznego.

Propozycję uzasadniłem merytorycznie – liczba urodzeń Polaków spadnie w ciągu 15 lat z 400 tys. do nieco ponad 250 tys., a liczba zgonów wzrośnie do 450 tys., więc po 2030 r. co roku z mapy Polski będzie znikało jedno miasto wielkości Radomia czy Rzeszowa. Pokazywałem, że rodziny wielodzietne są dyskryminowane przez polski system podatkowy, bo płacą znacznie większy VAT, kupując rzeczy dla dzieci, a bezdzietni tego podatku nie płacą. Pokazywałem, że stworzyliśmy taki system gospodarczy, w którym posiadanie wielu dzieci jest przywilejem zarezerwowanym dla bogatych, średniaki lub ubodzy są tego przywileju pozbawieni, co jeszcze bardziej pogarsza sytuację demograficzną Polski. Stosowane do tej pory ulgi podatkowe i becikowe nie działają, bo dzietność w Polsce pozostaje bardzo niska. Wskazałem źródła finansowania, czyli zatrzymanie transferów z budżetu, które trafiają do grup nacisków lub do ludzi, którzy nie są biedni, likwidację niektórych absurdalnych ulg podatkowych i ewentualnie sięgnięcie do części rezerw zgromadzonych w OFE. Ten ostatni ruch uzasadniałem tym, że co prawda spowoduje to obniżenie emerytury z II filara, ale dzięki wzrostowi liczby dzieci zmaleje ryzyko bankructwa ZUS-u, więc znacznie wyższa będzie emerytura z I filara. Pokazałem, że wskazane przeze mnie źródła finansowania wystarczą na pokrycie kosztów stypendium demograficznego.

W normalnym kraju po przedstawieniu takiej propozycji prawdopodobnie odbyłaby się debata, czy to ma sens. Ale nie w Polsce. U nas następnego dnia premier grzmiał na konferencji prasowej, podając absurdalne koszty tej propozycji, piętnaście razy większe od faktycznych, i oskarżył autora, że chce doprowadzić do bankructwa Polski, że gra na kryzys. Tak zwani opiniotwórczy dziennikarze nurtu lemingowego zajęli się ośmieszaniem pomysłu, pojawiły się wypowiedzi i artykuły atakujące osobiście autora pomysłu, studenci marketingu mogą je analizować jako kliniczne przykłady stosowania czarnego PR. W takich warunkach oczywiście nie ma mowy o żadnej debacie. Zastanawiam się tylko, czy ten personalny atak był inspirowany politycznie (podeptać wszystko, co proponują ludzie z innych opcji niż nasza), czy raczej zagrożone grupy interesów tak szybko się zmobilizowały i zabiły projekt w zarodku.

Wszystko wskazuje na to, że nic się nie zmieni, nie ma szans na wprowadzenie polityki demograficznej. Trzy zabory i dwie wojny nie dały rady Polakom. Kto by pomyślał, że z powodu ułomnych elit politycznych sami doprowadzimy do tego, że w kolejnym stuleciu nie będzie komu po polsku gadać.