Pomysł stworzenia Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego jest kuriozalny. Jak inaczej opisać plan „urządowienia” organizacji pozarządowych? Ale u jego podstaw leży głębszy problem dotyczący trzeciego sektora .



Organizacje pozarządowe mamy w Polsce od trochę ponad ćwierć wieku. Dlaczego wcześniej ich nie było? Bo to państwo miało zająć się każdą dziedziną życia obywateli. Z jakim skutkiem, wiemy. Z takim samym zadziała pomysł centralnego zarządzania tym, czym mają się zajmować NGO (organizacje pozarządowe). Nie ma co się oszukiwać, plan powołania Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, o którym niespodziewanie zaczęła mówić premier Beata Szydło, ma niewiele wspólnego z realnym pochyleniem się nad losem trzeciego sektora. Awantura wokół NGO, która narasta od kilku miesięcy, dotyczy podstawowego problemu: pieniędzy. Które raz szerszym, raz węższym, ale w ogromnej części publicznym strumieniem płyną do instytucji, które są pozarządowe, czyli nie wykonują zleconych i skontrolowanych przez rząd zadań.