Stałe zatrudnienie i równe zyski. Spółdzielnie pracy przetrwały. I chociaż można się z nich śmiać, to jeszcze mogą niejednemu z nas dać pracę. Czy działają w branży spożywczej, kosmetycznej, czy porządkowej, spółdzielnie pracy pozostają najstabilniejszymi pracodawcami na rynku. Niektóre spośród 560 istniejących działają niemal bez przerwy od ponad stu lat.
Reklama
Spółdzielnia mleczarska w Mońkach / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Bez względu na zmiany polityczne i gospodarcze. Choć wyśmiewane, bo kojarzone z PRL, są doceniane za granicą. We Włoszech, Francji czy w Wielkiej Brytanii tworzą prawie 6 proc. PKB rocznie. U nas – 1,5 proc.
A szkoda. W większości zatrudniają od kilkudziesięciu do kilkuset pracowników, regularnie płacą, nie zalegają z ubezpieczeniami społecznymi czy urlopami. I chociaż brzmi to jak mrzonka, będące przedmiotem żartów spółdzielnie pracy mogą bić na głowę zwykłe firmy, które wyrastają jak grzyby po deszczu, lecz równie szybko się zwijają.
Wesołe jest życie spółdzielcy
Najmłodsze spółdzielnie pracy mają 20–30 lat. Większość jest w wieku średnim. Ponad 40 lat stuknęło Studenckiej Spółdzielni Pracy Universitas. Zatrudnionych w niej na stałe 22 pracowników oraz cała rzesza studentów pracujących na zlecenia świadczy prace biurowe dla instytucji, firm, biur, banków i wszelkiego rodzaju klientów indywidualnych. Prace zespołu Universitasu polegają głównie na zastępstwie etatowych pracowników w okresach urlopów czy przerw spowodowanych chorobą. – Jesteśmy elastyczni i dopasowujemy się do potrzeb klientów. I wciąż rozszerzamy wachlarz usług. Na przykład o pranie dywanów i wykładzin, odśnieżanie dachów czy wywóz nieczystości – mówi jeden ze studentów zatrudnianych sezonowo.
Obecnie wynagrodzenie w Universitasie kształtuje się w granicach 83–89 proc. stawek uzyskiwanych od zleceniodawców (od tej odprowadzany jest podatek dochodowy od osób fizycznych). – Na pierwszą pracę, nabranie doświadczenia i zarobienie pieniędzy to superforma pracy. W innych firmach studentom proponuje się wolontariat, bezpłatny staż czy praktykę lub symboliczną umowę o dzieło. Tutaj pracuję, ale pracuję dla siebie. Im więcej zrobię, tym więcej zarobię. I to jest uczciwe – dodaje zatrudniany w ten sposób Maciek.
Chapeaux bas także przed Zakładami Farmaceutycznymi „Unia”. Spółdzielnią Pracy oczywiście. Obecnie zatrudnia 220 osób. Początek Unii to 1937 r., kiedy zespół warszawskich farmaceutów utworzył Spółdzielczą Centralę Zakupów Aptekarzy „Unia”, by przejąć pośrednictwo między producentami a dystrybutorami leków. Po wojnie spółdzielnię reaktywowano, a w 1950 r. przekształcono „Unię” w Farmaceutyczną Spółdzielnię Pracy. Od 1967 r. siedziba firmy zlokalizowana jest niemal w centrum Warszawy, przy ulicy Chłodnej. Tam mieszczą się biura oraz zakład produkcyjny, wytwarzający tabletki, kremy, maści, żele, zasypki czy formy płynne leków. Spółdzielcy od lat działają też w branży mleczarskiej. Słynna Spółdzielnia Mleczarska w Gostyniu powstała w 1889 r. Od tego czasu ona sama i jej wyroby zostały uhonorowane ponad 100 nagrodami, medalami i wyróżnieniami. Nie wspominając o spółdzielni Społem chociażby z Kielc, w której powstaje znany wszystkim majonez.
Prezes kieleckiego Społem Michał Mius przyznaje, że najtrudniejsze dla jego spółdzielni były pierwsze lata transformacji. – Wtedy struktura spółdzielni uległa poważnym zmianom. Zdecydowano m.in. o likwidacji Centralnego Zarządu Spółdzielni Spożywców i przekształcono zakład w samodzielną jednostkę. Od tej pory 70 proc. pracowników stało się jej współwłaścicielami – opowiada Mius. Nowe Społem musiało m.in. spłacić obce udziały i mocno doinwestować produkcję. Udało się jednak wybudować oczyszczalnię ścieków, dokupić dodatkowe maszyny i poszerzyć asortyment. Przy tym wszystkim zachowano smak majonezu oraz receptury pozostałych produktów.
Obecnie w kieleckiej spółdzielni pracuje ponad 360 osób. Niektórzy 40 lat. Rotacji prawie nie ma, a zdecydowana większość ma stałe umowy. W czasie wzmożonej produkcji, np. przed świętami, spółdzielnia przyjmuje pracowników sezonowych. Wśród załogi jest 40 przedstawicieli handlowych pracujących w kraju. – Obecnie 75 proc. naszej kadry posiada udziały w firmie. Wypłacanie zysku w niczym nie różni się od tego, który stosują spółki akcyjne. Jego podział zależy od właścicieli, a dokładniej od ustaleń zatwierdzonych podczas corocznego walnego zgromadzenia spółdzielców – wyjaśnia.
Według Miusa spółdzielczość to przede wszystkim ludzie, wspólne wartości i cele. – W takim modelu biznesowym każdemu zależy na utrzymaniu firmy w jak najlepszej kondycji, bo spółdzielcy pracują u siebie i dla siebie – podkreśla. I ta równość sprawia, że gdzie okiem sięgnąć, tam spółdzielnia. Spożywcza, mieszkaniowa, gastronomiczna czy usług komunalnych, jak poznańska spółdzielnia pracy Universum działająca od 1960 r. Jednak mimo tak prężnie działających spółdzielni pracy, w porównaniu do innych krajów, chociażby do Włoch czy Francji, gdzie w spółdzielniach zatrudnionych jest ponad milion osób, Polska ze swoimi ponad 400 tys. pracowników spółdzielni wypada blado. Alfred Domagalski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej, nieraz publicznie mówił, że główny problem polega na niedocenianiu spółdzielczości przez państwo. I na tym, że wszyscy stawiają obecnie na indywidualizm zamiast wspólne działanie.
Adam Piechowski, dyrektor Spółdzielczego Instytutu Badawczego Krajowej Rady Spółdzielczej, dodaje, że tajemnica sukcesu spółdzielni pracy jako formy działalności polega na tym, że w spółdzielni pracownicy są w większości jednocześnie jej członkami. – Zatrudnieni są na równych prawach, a od tego, ile włożą w pracę, zależy ich wynagrodzenie. Proste, uczciwe zasady i poczucie stabilności. Poza tym w spółdzielniach – nie tylko spółdzielniach pracy, ale spółdzielniach inwalidów czy socjalnych – większy niż w innych firmach jest odsetek zatrudnionych osób niepełnosprawnych, z grupy tzw. 50+ oraz kobiet – mówi Piechowski.
Jak chociażby w Spółdzielni Inwalidów „Świt”, która istnieje na rynku od 1944 r. i od początku zajmuje się produkcją kosmetyków, a dziś posiada nawet własne biuro handlowe w Dubaju. Od 1992 r. Świt ma status zakładu pracy chronionej. Zatrudnia niebagatelną liczbę osób, bo ponad tysiąc, z których aż 90 proc. jest niepełnosprawnych. – Nie wyobrażam sobie innej pracy. Do innej firmy by mnie po prostu nie przyjęto lub pracowałabym za półdarmo, narażając się na uszczypliwości – mówi jedna z niepełnosprawnych zatrudnionych w spółdzielni inwalidów.
Wspólna praca popłaca
O wspólnocie i spółdzielczości pisał w latach 40. XX w. Jan Wolski, działacz spółdzielczy, publikujący w krakowskiej jednodniówce „Spółdzielczość Pracy” . Zdaniem Wolskiego przed wojną w Polsce działała setka spółdzielni, po okupacji pozostało ich zaledwie kilkanaście, ale już w 1947 r. było ich grubo ponad tysiąc i powstawały nowe. Jak pisał Wolski, spółdzielnia pracy jest „dobrowolnym zespołem ludzi pracy, którzy połączyli się ze sobą dla wspólnego zarobkowania”, którzy „zamiast szukać dla siebie zatrudnienia pojedynczo u obcych zarobkodawców, zakładają oni spółdzielnię, która sama ich zatrudnia jako swoich pracowników. Jest więc ona dla swoich członków ich własnym wspólnym zarobkodawcą. Na tym właśnie polega istota spółdzielni pracy”.
W przeciwieństwie do innych form działalności gospodarczej spółdzielnie pracy nie są objęte przepisami prawa spółek handlowych czy kodeksu cywilnego, tylko prawem spółdzielczym. I to nie najświeższym, bo regulowanym ustawą z 1982 r. Zdaniem Piechowskiego, gdyby w odpowiednim czasie zajęto się ustawą, Polska ze swoją długoletnią historią spółdzielczości mogłaby spokojnie przywrócić spółdzielniom pozycję, jaką miały kiedyś i jaką mają dziś w Europie. – Powstawały wprawdzie kolejne nowelizacje do ustawy, ale wprowadziły jedynie bałagan. Ponad 30 proc. ustawy to założenia z lat 80., a przecież żeby być konkurencyjnym, trzeba iść z duchem czasu – przyznaje dr Piechowski.
Zgodnie z obowiązującą ustawą wszyscy członkowie spółdzielni muszą być przez nią zatrudnieni na podstawie spółdzielczej umowy o pracę. Bez znaczenia, jaką funkcję pełnią, jaką mają historię zatrudnienia i jakie poglądy wyznają. W spółdzielni każdy dostaje za zatrudnienie wynagrodzenie oraz wszelkie inne przysługujące mu prawa. Rozwiązanie umowy jest niemożliwe, chyba że pracownik sam zrezygnuje z członkostwa. Zwolnić można go, tylko gdyby podyktowane to było „gospodarczą koniecznością” lub członkowi przyznano by już emeryturę. Trudno się dziwić, że członkostwo w spółdzielni to marzenie wielu tyrających na śmieciówkach, podobnie jak praca w budżetówce, z której zgodnie z popularnym powiedzeniem odchodzi się dopiero po śmierci. – Działalność gospodarcza spółdzielni jest wspólna. I każdy z zatrudnionych ma na nią wpływ. Dlatego spółdzielcom w odróżnieniu od zwykłych pracowników zależy. Na tym, żeby firma dobrze prosperowała, żeby nie narażać jej na straty. W spółdzielniach rzadko dochodzi do kradzieży czy podpuszczania konkurencji. To jedna z najuczciwszych form pracy, z jakimi się spotkałem – przyznaje Paweł, jeden z członków spółdzielni rzemieślniczej.
W spółdzielni wszyscy są równi, a decyzje zapadają na walnym zgromadzeniu. Każdy ma prawo głosu. Każdy też ma wgląd w raporty finansowe i może głosować, na co przeznaczyć zysk spółdzielni poza płacami. Zdaniem samych spółdzielców to najbardziej demokratyczna forma zatrudnienia, jaka jest obecnie możliwa. W żadnej innej firmie, może poza jednoosobową, takiej równości nie ma.
Według prezesa Miusa z kieleckiego Społem spółdzielczość to przede wszystkim ludzie. – Atmosfera i kultura pracy są bardzo motywujące i często pozwalają osiągać imponujące wyniki, zarówno w czasach prosperity, jak i podczas tendencji spadkowych na rynku. Obecnie naszymi bezpośrednimi konkurentami są firmy światowe. Tym bardziej cieszy to, że możemy się z nimi równać, będąc przedsiębiorstwem z polskim kapitałem – dodaje Mius.
Oleśnica rzemieślnicza
Zgodnie z raportem Cooperatives Europe, głównej europejskiej organizacji spółdzielczej, potencjał ekonomiczny spółdzielni pracy jest ogromny. W 2009 r. w Europie było 158 tys. spółdzielni (z czego 137 tys. w krajach UE), a liczbę członków szacowano na 123 mln osób (108 mln w UE). Najwięcej spółdzielni było we Włoszech (41,5 tys.), potem plasowały się Hiszpania, Francja, Szwecja i Polska (ponad 9 tys.). Poza krajami unijnymi najwięcej spółdzielni jest w Norwegii, na Ukrainie i w Rosji. Jeżeli porównamy liczbę spółdzielców z liczbą mieszkańców, to w sześciu krajach (Austria, Cypr, Finlandia, Norwegia, Szwajcaria i Szwecja) ponad 40 proc. populacji jest członkami różnych spółdzielni. Polska znalazła się w grupie państw, gdzie odsetek ten wynosi 20–40 proc. Jeśli chodzi o zatrudnienie, prym wiodą Włochy (1,1 mln), Francja (900 tys.) i Niemcy (830 tys.). Z raportu wynika także, że najwięcej, bo 41 proc. spółdzielni, działa w wytwórstwie i usługach. Potem są rolnictwo, sprawy mieszkaniowe, farmaceutyczne, spożywcze i rzemieślnicze.
Spółdzielnia w Oleśnicy w województwie świętokrzyskim powstała w 1988 r., tuż przed zmianami politycznymi i gospodarczymi w Polsce. Krzysztof Ratusznik, dyrektor spółdzielni, przyznaje, że w związku z trudnym okresem nie wróżono jej zbyt długiego żywota: – Podczas gdy inne spółdzielnie pracy się zamykały, my krok po kroku budowaliśmy naszą. Na samym początku liczyliśmy ok. 40 członków, dzisiaj jest ich 24, ale większość jest z nami od samego początku. Razem jest łatwiej stawić czoła konkurencji i nie dać się kolejnym zmianom. Łatwiej też stawać do przetargów w szranki z dużymi firmami.
Jako że Oleśnica rzemiosłem stoi, dokładnie cechem murarskim i budowlanym, każdy członek spółdzielni to oddzielny mały zakład świadczący takie właśnie usługi. Często przechodzą też z ojców na synów, aby tradycji stało się zadość. – Jeden zakład zatrudnia od 8 do 25 pracowników sezonowych, co daje ok. 250–300 miejsc pracy – dodaje Ratusznik. – Jak na 1800 mieszkańców Oleśnicy, to całkiem dobry wynik.
A o wyniki trzeba dbać. Jan Wolski już w latach 40. podkreślał, że spółdzielnie pracy przetrwają, jeśli utrzymają konkurencyjność. Dlatego jego zdaniem każda spółdzielnia powinna dbać o stałą i wierną klientelę. Profesor Jan Klimek, dyrektor Instytutu Przedsiębiorstwa Szkoły Głównej Handlowej, przekonuje, że mimo trudności i niekiedy walki z konkurencją w spółdzielniach widzi przyszłość rynku pracy. – W tym roku minie 50 lat, od kiedy działam w branży, i pamiętam czasy rozkwitu spółdzielni pracy, m.in. spółdzielnie rzemieślnicze. W całym kraju było prawie pół miliona cechów. I przy każdym cechu działała osobna spółdzielnia. Oczywiście część z dawnych spółdzielni już nie działa, ale niektóre wciąż radzą sobie całkiem dobrze – mówi.
Szanse są, tym bardziej że założenie tradycyjnej spółdzielni pracy jest stosunkowo proste. Wystarczy 10 osób, statut i przedmiot działalności. W statucie należy jedynie zadeklarować wysokość wpisowego oraz wysokość i liczbę udziałów, które każdy spółdzielca obowiązany jest zadeklarować. Po opracowaniu statutu powinno odbyć się walne zgromadzenie, na którym statut zostanie przyjęty, a spółdzielnia powołana do życia. Spółdzielnie do 15 członków mogą obejść się bez rady nadzorczej. Wtedy członkami rady są wszyscy spółdzielcy.
Social workers
Pomimo rozszerzania oferty, innowacyjności, dbania o jakość, w niektórych spółdzielniach pracy pojawia się ostatnio lęk przed porażką. Tym bardziej że nie wszyscy młodzi są zwolennikami wspólnego gospodarowania. Spora rzesza chciałaby dorobić się sama. Zdaniem Henryka Olszewskiego, prezesa zarządu SSP „Universitas”, spółdzielnia jako forma działalności gospodarczej nie zyskuje akceptacji wśród młodych ludzi, bo jest dla nich mało atrakcyjna. – Poprzez swoją specyfikę osobne ustawodawstwo i mnogość organów, które sprawują władzę w spółdzielni, dla wielu młodych osób jest zupełnie niezrozumiała – uważa Olszewski. Zdaniem prezesa część młodych odstraszają także niewielkie możliwości podnoszenia kwalifikacji i daleka perspektywa awansów. – Osoby sprawujące władzę w organach spółdzielni pełnią swoje funkcje dziesiątki lat, blokując możliwość awansu młodym – dodaje Olszewski.
Jednak według prof. Klimka z SGH prognozy dla rynku pracy nie są za dobre. – Może się zdarzyć, że za 15–20 lat pracy nie będzie. Albo będzie dla nielicznych. Dlatego spółdzielnie pracy mają rację bytu. Zarówno te wciąż istniejące, jak i te pozamykane, które będą mogły się reaktywować – dodaje prof. Klimek. – Dla firm najbardziej liczą się obecnie obniżenie kosztów pracy, innowacyjność, przewidywanie przyszłości oraz poszukiwanie talentów. Dlatego też absolutnie nie lekceważyłbym instytucji spółdzielni pracy, nie wyśmiewałbym jej jako postkomunistycznego dinozaura. Przeciwnie, upatrywałbym w niej szansy na ożywienie rynku pracy.
Według bazy danych Krajowej Rady Spółdzielczej obecnie działa w Polsce 9510 spółdzielni, w tym 560 spółdzielni pracy wytwarzających różnorodne produkty i świadczących wszelkie usługi. – W ostatnich czterech latach nastąpił wprawdzie spadek liczby tradycyjnych spółdzielni, lecz za to coraz więcej powstaje spółdzielczych grup producentów rolnych oraz spółdzielni socjalnych cieszących się popularnością wśród młodych osób – dodaje Piechowski.
Spółdzielnie socjalne to trochę takie spółdzielnie pracy, a trochę organizacje pozarządowe. Najważniejszy warunek, jaki muszą spełnić, jest taki, że co najmniej połowa z socjalnych spółdzielców musi należeć do grupy społecznej zagrożonej wykluczeniem, czyli np. osób niepełnosprawnych lub długotrwale bezrobotnych. Dzięki temu spółdzielnia może otrzymać dofinansowanie z Funduszu Pracy, PFRON bądź UE. Szacuje się, że obecnie w Polsce działa ponad 1300 takich social workersów. Z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że większość zajmuje się usługami hotelowymi lub gastronomicznymi, zazwyczaj na rynku lokalnym. Jak na przykład Spółdzielnia Socjalna „Margines”, grupa młodych ludzi, którzy postanowili stworzyć sobie własne miejsce pracy, gdzie mogą wspólnie realizować się kulinarnie. Spółdzielcy z Marginesu zajmowali się początkowo przygotowywaniem wegańskich cateringów, a z czasem otworzyli własny lokal serwujący kuchnię wegańską w centrum Warszawy. Zapewniają, że mają doświadczenie w przygotowywaniu bezmięsnych posiłków, używają tylko naturalnych i świeżych składników, w które zaopatrują się u lokalnych producentów.
Najważniejsze jednak, że zgodnie ze starym spółdzielczym duchem połączyła ich „chęć animowania kultury, kreowania przestrzeni miejskiej w odpowiedzialny i przyjazny dla społeczeństwa sposób”. Tak więc nadzieja w młodych. Wprawdzie niekoniecznie muszą głosić hymn spółdzielców z 1925 r.: „Z dłonią w dłoni, jak żywe ogniwa,/ świat opleciem łańcuchem swych rąk,/ krzywdę miłość zagładzi prawdziwa,/ w radość pracy nam zmieni znój mąk”, ale nowoczesne metody agitacji są jak najbardziej wskazane.