Nienawidzimy państwa i jego instytucji. A najbardziej Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nienawidzą go wszyscy: pracodawcy, pracownicy, emeryci. Nawet sami jego pracownicy.
Nie lubimy – ba, nienawidzimy! – wielu instytucji państwowych. Narzekamy na policję i sądy, na parlament i skarbówkę, która zabiera nam pieniądze. Jednak na tej długiej liście znienawidzonych są niekwestionowani liderzy. Narodowy Fundusz Zdrowia, który zgodnie przeklinamy, ustawiając się w kolejkach do lekarzy. I Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Ten ostatni jest – polski paradoks – nielubiany przez wszystkich. Przez pracodawców, ale też pracowników. Przez emerytów. Chorych i rekonwalescentów. Nawet przez jego pracowników. A także, co dość zabawne, przez polityków. Tych znajdujących się obecnie przy władzy, jak i tych do niej podążających. Boją się, że jest niczym odbezpieczona, coraz głośniej tykająca bomba, która lada moment wybuchnie i wysadzi ich z siodła.
Dlaczego NFZ i ZUS? Sprawa jest oczywista. Zdrowie, zabezpieczenie na starość czy na wypadek choroby to najistotniejsze kwestie egzystencjalne. Boimy się o przyszłość. A te nasze lęki podsycane są paliwem katastroficznie brzmiących przemów polityków, którzy umiejętnie na tym żerują. Podlewane benzyną przekazu płynącego zewsząd: tego uznali za zdolnego do pracy, choć nie ma ręki i nogi, tamta po latach pracy dostała 200 zł emerytury. Nic się tak nie klika w sieci jak teksty ze skrótem ZUS w tytule. To, że miliony dostają co miesiąc świadczenie na konto, przestaje się liczyć. Ważniejszy jest przypadek, że jeden nie dostał. W ten sposób zamiast racjonalnie zmieniać system tam, gdzie zawodzi, hodujemy sobie we własnych głowach zusowskiego potwora. Który doczekał się nawet męczenników.