Pomysły dotyczące służby cywilnej sypią się jak z rękawa. Jedni chcą na niej oszczędzać, inni wydawać dodatkowe pieniądze na szkolenia i powiększać liczbę urzędników mianowanych.

Z jednej strony resort finansów domaga się 5 proc. oszczędności w urzędach na czas głębszego kryzysu. Z drugiej - są plany, aby ratując przeżywającą kryzys Krajową Szkołę Administracji Publicznej (KSAP), kształcić więcej urzędników, którzy na koniec nauki otrzymywaliby akt mianowania.
Problem w tym, że absolwenci KSAP nie są zasypywani ofertami pracy. Powodów jest kilka. Urzędnik mianowany dostaje dodatek do pensji - na start jest to 1 tys. zł brutto miesięcznie, a docelowo nawet 4 tys. zł brutto. Poza tym trudno ich zwolnić, mają prawo do dodatkowych dni urlopu i trzeba im zagwarantować pracę na co najmniej pięć lat.

Ratowanie KSAP

Ratunkiem dla KSAP ma być przygotowana przez jej dyrektora nowelizacja ustawy o Krajowej Szkole Administracji Publicznej im. Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1388). Głównym jej założeniem jest wprowadzenie do szkoły słuchaczy, którzy już pracują w administracji rządowej. Inaczej niż obecnie na czas nauki nie musieliby zawieszać zatrudnienia, uczestnicząc w zajęciach w wybrane dni. W trakcie nauki zdawaliby egzaminy z poszczególnych przedmiotów, a na końcu zyskaliby akt mianowania.
- To ciekawe rozwiązanie, bo pracownicy służby cywilnej mogliby pracować i jednocześnie się kształcić. Nie traciliby wynagrodzenia, które jest wyższe od stypendium w KSAP - mówi dr Jakub Szmit, ekspert ds. administracji publicznej z Uniwersytetu Gdańskiego.
Dodaje, że pomysł jest niewątpliwie wart rozważenia, bo od lat mówi się, że dla zapewnienia profesjonalnej służby cywilnej urzędników mianowanych powinno być co najmniej 10 proc. urzędników. - Oznacza to, że powinno ich być blisko 12 tys., a jest ok. 7 tys. - podkreśla.

Potrzebne wsparcie

Członkowie korpusu s.c. i związkowcy wskazują przeszkody, które mogą się pojawiać przy wdrożeniu tego rozwiązania.
- Urzędnicy mianowani mają prawo do dodatkowego urlopu, a w tym czasie pracownicy służby cywilnej muszą wykonywać za nich pracę. Jeśli uczący się w KSAP byliby zwalniani na zajęcia z zachowaniem prawa do wynagrodzenia, ich zadania również przejęliby ich koledzy, a to nie sprzyja dobrej atmosferze - mówi Tomasz Ludwiński, szef Sekcji Krajowej Pracowników Skarbowych w NSZZ „Solidarność”.
Dodaje, że związek postulował u szefa służby cywilnej, aby w nowelizacji pragmatyki zawodowej wprowadzić zasadę, żeby pieniądze zaoszczędzone wskutek długotrwałych zwolnień chorobowych trafiały do pracowników, którzy mają więcej zadań w tym czasie. - Niestety po raz kolejny zostaliśmy zlekceważeni, chociaż nadmiaru etatów przecież nie ma - ubolewa Ludwiński.

Reformy lubią pieniądze

Profesor Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej, uważa, że problemem może być znalezienie pieniędzy na realizację pomysłu szefa KSAP. - Trzeba stworzyć nową pragmatykę urzędniczą i doinwestować służbę cywilną, a nie rzucać pomysłami bez pokrycia finansowego - przekonuje.
Dodaje, że zapowiedź minister finansów o szukaniu oszczędności w urzędach nie będzie sprzyjała wprowadzeniu takich rozwiązań.
- I jeszcze jedno - politycy niechętnie patrzą na urzędników mianowanych. Często są oni konkurencją dla dyrektorów, którzy są znajomymi szefów urzędów, a trafiają do administracji z dnia na dzień bez konkursu, tylko w trybie powołania - podkreśla nasza rozmówczyni.

Sceptyczne głosy

Pomysł dyrektora KSAP krytykują ludzie związani z obecnym obozem władzy. - Ten przykład ewidentnie pokazuje, że obecny szef szkoły nie ma pomysłu na jej dalsze funkcjonowanie - podkreśla prof. Józefa Hrynkiewicz, była dyrektor KSAP z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zwraca uwagę, że wykłady w określone dni tygodnia sprawią, że administracja będzie działała na pół gwizdka. - Takie rozwiązanie odbije się też na jakości nowych urzędników mianowanych, bo łączenie pracy z nauką będzie trudne, a przy wyjazdach zagranicznych i poznawaniu funkcjonowania innych administracji praktycznie niemożliwe. Zastanawiam się, co wybierze pracownik, który w dniu zajęć dostanie polecenie od ministra, aby przygotował ważny dokument lub by poszedł do Sejmu - zastanawia się prof. Hrynkiewicz.

Cięcia z braków

Członków korpusu s.c. szokują też ostatnie wypowiedzi minister finansów, która domaga się, aby poszczególne resorty przygotowały plan oszczędności na wypadek pogłębiającego się kryzysu. Problem w tym, że w wielu z nich brakuje urzędników, administracja rządowa ma ponad 1 tys. wakatów. Z sondy DGP wynika, że w resorcie finansów jest 241 wakatów na 2636 obsadzonych etatów, w resorcie edukacji 14 wakatów na 766 etatów. Dolnośląski Urząd Wojewódzki ma 68 wakatów (966 etaty), Podlaski Urząd Wojewódzki - 12 wakatów (692 etatów), Lubelski Urząd Wojewódzki - 83 wakaty (987 etatów).
Wakaty te mogą jednak się przydać jako sposób na postulowane przez MF oszczędności. Jak? Dziś jest tak, że pieniądze na te nieobsadzone stanowiska szefowie przeznaczają na nagrody. Żeby wypełnić plan oszczędności, mogliby je po prostu zwrócić do budżetu.
Profesor Stefan Płażek, adwokat i adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ostrzega jednak, że takie postępowanie może być krótkowzroczne. - Administracja rządowa powinna być dofinansowana, bo inaczej specjaliści w dalszym ciągu będą odchodzić - podkreśla. ©℗
Urzędnicy mianowani / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe