Rząd zaskoczył pracowników i pracodawców decyzją o wysokości przyszłorocznej płacy minimalnej, która docelowo wzrośnie o 590 zł. Od stycznia wynosić ma 3490 zł, a od lipca 3600 zł. Obecnie jej wysokość to 3010 zł.
Ta dobra wiadomość dla najmniej zarabiających oznacza jednak, że średnie płace w budżetówce są coraz bliżej ustawowego minimum. Obecnie poczatkujący nauczyciele mogą liczyć na ok. 3,4 tys. zł, a w urzędach oferuje się zatrudnienie z zarobkami na poziomie 3,2-3,4 tys. zł. Prowadzi to też do dalszego spłaszczenia wynagrodzeń między początkującymi pracownikami a tymi, którzy posiadają wieloletnie doświadczenie zawodowe, specjalistami po studiach i pracownikami obsługi. A to nie poprawi nastrojów w szkołach i urzędach ani nie zatrzyma osób z wysokimi kwalifikacjami.
Reklama

Niska pensja, ale z trzynastką

Liczba ofert pracy w administracji rządowej zbliża się do tysiąca, zatem mamy do czynienia z kolejnym rekordem. Jeszcze przed dekadą w służbie cywilnej poszukiwano średnio około 200 pracowników tygodniowo. Obecnie jednak chętnych brakuje, skoro proponowane wynagrodzenia niewiele przewyższają płacę minimalną. Dla przykładu Zakład Higieny Weterynarii w Pracowni Diagnostyki Chorób Zakaźnych i Zwierząt poszukuje urzędnika na stanowisko młodszego asystenta, z wyższym wykształceniem, najlepiej weterynaryjnym, oferując 3,4 tys. zł brutto. W Bydgoszczy na podobnym stanowisku kandydatów do pracy kuszą m.in. trzynastką, dodatkiem stażowym, nagrodami jubileuszowymi, indywidualnym rozkładem czasu pracy, możliwością wyjścia w celu załatwienia ważnej sprawy, dostosowaniem planów urlopów do potrzeb pracowników mających dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym itp. To jednak nie skutkuje. - Dla wielu kandydatów przy galopującej inflacji najważniejsza jest wysokość pensji zasadniczej, a nie inne, pozapłacowe gratyfikacje. Znam przypadki urzędników, którzy zdecydowali się na odejście z administracji, bo nie mają pieniędzy na spłaty zobowiązań bankowych - mówi Robert Barabasz, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Łódzkim Urzędzie Wojewódzkim.

Reklama
Prognozuje, że dla części osób wzrost płacy minimalnej pochłonie zapowiedzianą na przyszły rok podwyżkę w budżetówce na poziomie 7,8 proc. - Z pewnością zwiększenie płacy minimalnej zmusi szefów urzędów do tego, aby ze środków przeznaczonych na nagrody i dodatki zadaniowe sfinansowali wzrost przyszłorocznej płacy minimalnej - dodaje.
Podobnego zdania są inni związkowcy. - Będziemy mieli takie sytuacje, że osoby przychodzące do pracy otrzymają pensję zbliżoną, a może nawet większą od doświadczonych urzędników. W styczniu będzie dochodziło do takiego paradoksu, że osoba odpowiedzialna za wydawanie decyzji paszportowych będzie zarabiać podobnie co pani sprzątająca - mówi Krystyna Miąskowska, przewodnicząca NSZZ ,,Solidarność” w gdańskim urzędzie wojewódzkim.
Urzędnicy chcą o tym rozmawiać z wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji Pawłem Szefernakerem. Zdaniem ekspertów wzrost płacy minimalnej musi wiązać się z zapewnieniem dodatkowych środków na podwyżki dla stanowisk specjalistycznych w budżetówce. W przeciwnym razie dojdzie do lawiny odejść z administracji. - Rząd zwiększa płacę minimalną, a swoim pracownikom proponuje pensje głodowe, nie uwzględniając tego wzrostu. Tymczasem państwo nie będzie się wywiązywało ze swoich zadań bez urzędników, a ci w dalszym ciągu będą odchodzić - mówi dr Jakub Szmit, ekspert ds. administracji publicznej z Uniwersytetu Gdańskiego.
Profesor Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, była członek Rady Służby Cywilnej, podkreśla, że tylko w czasie kryzysu i recesji ludzie chętnie szukają pracy w budżetówce. Jeśli rząd liczy na taką sytuację, to może się rozczarować - ocenia.

Nauczyciel i sprzątaczka mogą zarabiać tyle samo

Podobnie jest w samorządach. Tam wielu pracowników zarabia niewiele więcej od płacy minimalnej. Tak samo jest w szkołach i przedszkolach. - Jeśli rząd decyduje się na zwiększenie płacy minimalnej, to powinien zadbać o pieniądze dla wszystkich pracowników zatrudnionych w samorządowej edukacji. Subwencja oświatowa nie pokryje nam kosztów zwiększania wynagrodzenia tak dużej rzeszy pracowników. Będziemy musieli szukać innych rozwiązań. Być może trzeba będzie ograniczyć zatrudnienie pracowników obsługi. Poza tym dojdziemy do takiej sytuacji, że sprzątaczka będzie zarabiać tyle samo, co nauczyciel początkujący. A to jest kolejny argument, aby nie pracować w oświacie - ostrzega Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.
Podobne obawy mają związkowcy. - Nie mamy nic przeciwko wzrostowi płacy minimalnej, ale domagamy się dodatkowych pieniędzy dla doświadczonych pracowników, aby oni też odczuli skutki podwyżek i galopującej inflacji - postuluje Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Związki zawodowe domagają się, aby budżetówka otrzymała jeszcze w tym roku 20 proc. podwyżki.
Obecnie nauczyciel początkujący z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym może liczyć na 3424 zł brutto, a mianowany na 3597 zł brutto. Z kolei nauczyciel z najwyższym stopniem awansu pensję minimalną musi mieć na poziomie 4224 zł brutto. Nie ma jeszcze pewności, na jakie podwyżki będą mogli liczyć nauczyciele w 2023 r. Ma to być 7,8 proc., jak w całej budżetówce, jednak na razie kwota bazowa dla nauczycieli proponowana w projekcie ustawy budżetowej na 2023 r. tego nie gwarantuje (określono ją na poziomie 3693,46 zł, choć resort edukacji zapowiadał 4025,87 zł).
Wynagrodzenia w budżetówce (brutto, w zł) / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe