Projekt ustawy o ochronie osób zgłaszających naruszenia prawa ma wdrożyć unijną dyrektywę dotyczącą sygnalistów. Czy prawidłowo ją implementuje?
Trzeba bardzo pochwalić resort rodziny za poprawienie pierwotnego projektu, z października ubiegłego roku. W moim przekonaniu należałoby go jeszcze rozwinąć, aby lepiej uwzględnić cel dyrektywy, jakim jest ochrona interesu publicznego i poprawa egzekwowania prawa.
Ochrona sygnalistów to tylko metoda do osiągnięcia tego celu.
Dlatego tytuł dyrektywy jest nieprecyzyjny, bo nie jest to dyrektywa o ochronie sygnalistów, tylko o nowych procedurach zgłaszania naruszeń prawa i ochronie sygnalistów. Docelowo w zakładach pracy zatrudniających co najmniej 50 osób trzeba będzie bowiem wprowadzić procedurę zgłaszania naruszeń. I choć będzie się to odbywać na poziomie zakładów, to jednak w interesie publicznym. Intuicja podpowiadałaby, że przepisy te mają służyć przede wszystkim temu, aby pracodawca dowiedział się o nieprawidłowościach w firmie lub urzędzie i je naprawił. Jest to jednak twierdzenie trafne tylko częściowo. Z dyrektywy wynika bowiem wprost, że nie powinno się zawiadamiać o naruszeniu na poziomie zakładu pracy w razie obawy, że sprawa nie zostanie załatwiona na tym szczeblu, np. dlatego że pracodawca nie ma w tym interesu, bo to zarząd jest sprawcą nieprawidłowości lub wiedział o nich i tuszował je z obawy o ewentualne koszty - czyli np. doszło do wycieku ścieków, zanieczyszczono środowisko, zarząd zdawał sobie z tego sprawę, ale nic z tym nie zrobił, wiedząc, że odpowiada za pracowników. W takich przypadkach od razu należy zawiadamiać organ zewnętrzny. Jeszcze istotniejszy jest drugi aspekt. Z motywów dyrektywy wynika, że podmiot, który prowadzi postępowanie wewnętrzne, czyli w zakładzie pracy, ma - w niektórych przypadkach - obowiązek przekazania sprawy do organu zewnętrznego, czyli państwowego. Jest to wymagane, gdy zachodzi obawa, że sprawa nie zostanie załatwiona na poziomie zakładu pracy.