Kończą się prace nad ustawą, która od lipca wprowadza nowy minimalny poziom wynagrodzenia w ochronie zdrowia. Pytania budził sposób przekazywania pieniędzy na podwyższenie płac – czy NFZ włączy je do ogólnych budżetów szpitali, czy przekaże odrębnym strumieniem. Pracownicy woleliby to drugie rozwiązanie, gwarantujące, że pieniądze nie zostaną przeznaczone na nic innego. Wygląda na to, że resort się do tego przychylił.
Nie wszystkich satysfakcjonują określone w projekcie stawki. Nowela krytykowana jest za to, że prowadzi do zbytniego spłaszczenia wynagrodzeń – bardziej wykwalifikowani specjaliści chcieliby bowiem, by różnice w kompetencjach przekładały się na zarobki. Jednak warto pamiętać, że ustawa określa jedynie minimalne stawki, a te faktyczne często od nich odbiegają, zwłaszcza w przypadku zawodów i specjalizacji najbardziej deficytowych. Przykład? Zgodnie z nowymi przepisami minimalna płaca lekarza specjalisty ma wynosić 8,2 tys. zł brutto. Tymczasem w praktyce już kilka lat temu średni przychód lekarza przekraczał 25 tys. zł. Między innymi dlatego pracodawcy nie chcą ich ujawniać. A coraz więcej instytucji tego od nich żąda. Rozgorzał właśnie o to spór – Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) chce bowiem zbierać informacje o zarobkach lekarzy. To wywołało opór ze strony pracodawców. Jak przekonują, nie ma ku temu podstaw prawnych. Boją się też, że – mimo zanonimizowania danych – łatwo będzie wydedukować, ile zarabia konkretny dyrektor czy konsultant wojewódzki. A na to zgody nie ma.