Nie ma dziś w Polsce osoby, której nie przysługuje jakiś przywilej. Politycy je rozdają, a obywatele o nie walczą. Nikt nie zastanawia się, czy są uzasadnione i kto za nie płaci
Górnik to ma dobrze. Przysługują mu wcześniejsza emerytura, deputat węglowy, dodatki do pensji, nagrody jubileuszowe. Za to nauczyciele to prawdziwi szczęściarze – kto inny ma płatne wakacje i roczny urlop na poratowanie zdrowia? Zadowoleni mogą być też policjanci – niektórzy mają prawo przejść na emeryturę przed czterdziestką. No i oczywiście rolnicy ze swoim KRUS-em. Na całą tę zgraję musi ciężko pracować cała reszta społeczeństwa, która przecież żadnych przywilejów nie ma.
Reklama

Reklama
Dla świętego spokoju wyłączmy jednak z tej reszty obecnych emerytów – oni już nie pracują, a na dodatek wielu z nich i tak skorzystało z jakichś ulg albo preferencji i przeszło na świadczenie przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Poza tym też mają swoje przywileje – np. zniżki w korzystaniu z komunikacji publicznej. Jeśli jednak z tego powodu wykluczymy osoby starsze, to trzeba też usunąć z niej uczniów, studentów, doktorantów, a najlepiej w ogóle ludzi młodych. Małolaty też mają ulgi na przejazdy, zniżki na bilety wstępu do teatru, kina czy muzeum, a jak trochę dorosną, to dopłaca się do ich stażu w urzędzie lub firmie albo do założenia przez nich pierwszego biznesu. Darmozjady.
Zaraz, zaraz, ulgi mają przecież także te osoby, które już prowadzą własną działalność gospodarczą – mogą np. robić zakupy na firmę. No tak, w końcu nie od dziś wiadomo, że to niezłe cwaniaki.
Tyle że właściwie muszą trochę tacy być, bo inaczej pracownicy ze swoimi przywilejami zjedliby ich na śniadanie. Najlepszy przykład to szczególna ochrona przed zwolnieniem – w Polsce przysługuje ona ponad 40 różnym grupom zatrudnionych. Na dodatek nie tylko górnicy czy funkcjonariusze służb korzystają z zawodowych przywilejów. Lekarze, dziennikarze, leśnicy i wiele innych grup zatrudnionych też je posiada. W końcu nikt nie jest przecież bardziej roszczeniowy od pracownika.
Ale najgorzej to już na pewno mają rodzice – nie dość, że muszą ponosić koszty utrzymania dzieci, to jeszcze zrzucać się na przywileje innych. Chociaż... sami uprawnień mają bez liku – od ulg podatkowych, poprzez ochronę przed zwolnieniem, po rabaty na zakupy dzięki karcie dużej rodziny. Kto nam zostaje? Single, ci egoiści, co gdzieś mają społeczną odpowiedzialność. Nawet oni mogą liczyć na publiczną pomoc np. w zakupie mieszkania. Czy wśród 38 mln Polaków jest zatem chociaż jedna osoba, której nie przysługuje jakaś ulga lub przywilej? Prawdopodobnie nie.
– Ulgi naturalnie w przyrodzie nie występują. Trzeba je najpierw wymyślić. Biorą się z zepsucia systemu politycznego – poprzez ich przyznawanie państwo udowadnia swoją przydatność i cel istnienia. Tyle że ono własnych pieniędzy nie ma. Każda ulga kosztuje obywateli więcej niż teoretyczne oszczędności, jakie ma przynieść, bo przecież podatnik musi nie tylko ją sfinansować, ale jeszcze opłacić cały system administracji, który ulgami zarządza i je kontroluje – mówi Andrzej Sadowski, założyciel Centrum im. Adama Smitha.
Nie oznacza to oczywiście, że każda zachęta lub ulga jest niepotrzebna. Na przykład nikt nie kwestionuje wspierania rodziców z tytułu urodzenia dziecka. – Ulgi nie są jednoznaczne z przywilejami. Nie muszą oznaczać psucia państwa. Gdyby nie one, nie udałoby się osiągnąć ważnych społecznie celów. Pozostawienie takich kwestii indywidualnym wyborom obywateli byłoby nieefektywne. Problemem jest jednak to, że nie wypracowaliśmy filozofii społecznej w tym zakresie. Nie sprecyzowaliśmy, które przywileje są potrzebne i zasadne, a które nie. Kiedy porządkowaliśmy gospodarkę po poprzednim ustroju, nie uporządkowaliśmy systemu ulg. Dziś politycy nie zajmują się tym, a ulgi wykorzystują jako instrument władzy w myśl zasady: dziel i rządź – uważa prof. Stanisława Golinowska, współzałożycielka Fundacji CASE, ekspert z zakresu polityki społecznej.
W rezultacie w kwestii ulg każdy jest każdemu wilkiem. Wszyscy są zajęci albo korzystaniem z ulg, póki rząd ich nie zniesie, albo walką o ich utrzymanie, lub wytykaniem innym, jak to im dobrze, bo mają więcej przywilejów. Prawie nikt nie zadaje sobie natomiast pytania, kiedy i po co w ogóle wprowadzano poszczególne przywileje. I któe z nich są potrzebne.
Po ile ulga?
Autorski przegląd ulg trudnych do wytłumaczenia lub nieuzasadnionych najłatwiej rozpocząć od prawa pracy. Któż nie chciałby mieć – wzorem górników czy funkcjonariuszy służb mundurowych – dodatkowych świadczeń (np. czternastek, nagród jubileuszowych) lub szczególnych uprawnień (np. prawa do wcześniejszego przejścia na emeryturę). To grupy stojące na szczycie ulgowej piramidy. Jeśli jednak przeanalizujemy warunki zatrudnienia innych grup zawodowych, to okaże się, że one także mają swoje uprawnienia. Dla przykładu kolejarze i ich rodziny korzystają ze znacznych zniżek przy przejazdach pociągami. Z kolei lekarze mają krótszy niż pozostałe grupy zawodowe tydzień pracy (o 2 godz. i 5 min), a urzędnicy mianowani – 12 dodatkowych dni urlopu w roku. Leśnikom przysługuje np. deputat opałowy, a dziennikarze, artyści, wynalazcy i naukowcy mogą stosować 50-proc. koszty uzyskania przychodów (z limitem). Kierowcom transportu międzynarodowego przysługuje ryczałt na nocleg (nawet jeśli śpią w kabinie samochodu), a prokuratorom – oprócz dodatkowych świadczeń – także immunitet i dofinansowanie do zakupu mieszkania. To uprawnienia zagwarantowane przepisami (powszechnie obowiązującymi lub wewnątrzzakładowymi). A są jeszcze przecież także te nieformalne, których prawo nie przewiduje, ale przyjęły się w drodze akceptowanego zwyczaju. Na przykład pielęgniarka lub lekarz (oraz członkowie ich rodzin) najczęściej nie muszą stać w kolejce po świadczenie medyczne, a nauczyciel – martwić się, czy jego dziecko dostanie się do przedszkola (niektóre rady gmin uznawały nawet formalnie ich pierwszeństwo w dostępie do opieki). Lista takich uprawnień też jest długa.
To jednak tylko jedna strona pracowniczych przywilejów. – Obowiązują bowiem także te, które nie zależą od wykonywanego zawodu, ale od specyficznej sytuacji danej osoby. Sztandarowym przykładem jest w tym zakresie szczególna ochrona przed zwolnieniem, która – w różnym zakresie – przysługuje w Polsce kilkudziesięciu grupom zatrudnionych – mówi Katarzyna Dulewicz, radca prawny i partner w Kancelarii CMS Cameron McKenna.
Wśród nich są oczywiście m.in. kobiety w ciąży i rodzice na urlopach związanych z urodzeniem dziecka, związkowcy wskazani przez swoją macierzystą organizację oraz członkowie rady pracowników. Ich ochrona absolutnie nie dziwi, jest wręcz pożądana ze względu na ich istotne funkcje społeczne. Trudniej jest już jednak wyjaśnić, dlaczego bardziej rozbudowana ochrona przysługuje też np. radcom prawnym oraz farmaceutom, lekarzom i pielęgniarkom, którzy udzielają się w samorządzie zawodowym.
– Takie przywileje szkodzą samym zatrudnionym. Najlepszym przykładem jest czteroletnia ochrona przedemerytalna, która powoduje, że firmy nie chcą zatrudniać osób starszych – mówi Andrzej Sadowski.
Nie do ruszenia
Prawdziwą kopalnią przywilejów jest też system danin publicznych. W kwestii podatków zastanawiająca jest np. możliwość wspólnego rozliczania się małżonków. Ogranicza ona biurokrację, bo mąż i żona nie muszą wypełniać odrębnych formularzy PIT. W praktyce jednak na takim rozwiązaniu zyskują najbardziej te małżeństwa, w których jedna osoba zarabia bardzo dużo, a druga nie pracuje wcale (bo nie musi). Przy wspólnym rozliczeniu ich dochody nie przekroczą drugiego progu podatkowego, więc oboje zapłacą stawkę 18, a nie 32 proc. Oszczędności zostaną w kieszeni. Taki przywilej oznacza jednak, że system podatkowy preferuje małżeństwa zamożne i zniechęca bezrobotnego małżonka do aktywności zawodowej. Jednocześnie to samo państwo płaci krocie na aktywizację zawodową innych osób (np. dofinansowanie staży, szkoleń, zatrudniania bezrobotnych). Oczywiście można wskazać wyższy cel takiej ulgi – ma ona wspierać instytucję małżeństwa, a więc pośrednio także wpływać na wzrost dzietności i przeciwdziałać zapaści demograficznej. Tyle że i w tym przypadku nietrudno wskazać absurd. Dzietność ma wspierać bowiem przede wszystkim ulgi podatkowe na dzieci. A ich skuteczność też można kwestionować. W pełni korzysta z nich 76 proc. rodzin z jednym dzieckiem, 68 proc. z dwojgiem i już tylko 31 proc. tych wychowujących troje lub więcej dzieci. Tak więc ów mechanizm nie działa w przypadku tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy (prezydent RP podpisał jednak już nowelizację tych przepisów, która umożliwi lepsze wykorzystanie wsparcia). – Tego typu rozwiązania nie są efektywne. Lepszym rozwiązaniem jest po prostu obniżenie podatków – wskazuje jednak Andrzej Sadowski.
W przypadku przedsiębiorców ważnym przywilejem jest możliwość wliczania w koszty prowadzonej działalności różnego rodzaju wydatków poniesionych w związku z własnym biznesem. Oczywiście przepisy ograniczają takie uprawnienie (m.in. musi to być wydatek poniesiony w celu osiągnięcia przychodu), ale w praktyce przedsiębiorcy posługują się tym mechanizmem na swoją korzyść. W końcu nietrudno wykazać, że nowoczesny telewizor został zakupiony do biura, a nie na własny użytek.
Podobne wątpliwości wywołują też niektóre przepisy dotyczące składek na ubezpieczenie społeczne. Na przykład przedsiębiorcy – bez względu na osiągane dochody – płacą je od kwoty nie niższej niż 60 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia (2247,60 zł w 2014 r.). Oczywiście zachęca to do podejmowania działalności, ale jednocześnie jest sprzeczne z zasadą solidaryzmu społecznego. Takie same składki zapłaci bowiem jednoosobowa firma, która martwi się, czy przetrwa w następnym miesiącu, i właściciel dobrze prosperującego, wielkiego przedsiębiorstwa, który miesięcznie zarabia miliony złotych. Podobnie jest z rolnikami. Od kilku lat wysokość ich składek jest uzależniona od wielkości posiadanego gospodarstwa, ale w praktyce zamożne osoby mogą uniknąć płacenia wysokich składek na KRUS. – W tym zakresie przydałaby się rzetelna analiza. Dziś nie wiemy, jak dużo osób mogłoby więcej płacić do Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, a jak wiele trzeba w tym zakresie wspierać – podkreśla prof. Stanisława Golinowska.
No to dziecko
Na brak przywilejów i ulg nie mogą narzekać też rodzice. Oczywiście w ich przypadku trudno wskazywać, że wsparcie publiczne jest nieuzasadnione – ponoszą oni znaczne koszty związane z wychowaniem dzieci. A z punktu widzenia państwa wysoki przyrost naturalny jest pożądany – w końcu rodzice zajmują się przyszłymi podatnikami i płatnikami składek. Nie można więc za fanaberię uznać np. długich urlopów rodzicielskich czy wspomnianych już zmian w ulgach podatkowych na dzieci. – Państwo musi reagować na problemy społeczne, a zapaść demograficzna to problem, któremu można przeciwdziałać poprzez system ulg i zachęt – uważa Dominik Owczarek z Instytutu Spraw Publicznych.
Ale i w tym obszarze nie brakuje przywilejów tyleż absurdalnych, co nieskutecznych. Sztandarowym przykładem jest becikowe. Trudno wyjaśnić, jak jednorazowa wypłata 1 tys. zł ma zachęcić do podjęcia decyzji o posiadaniu dziecka. Tymczasem tylko z budżetu państwa wydawane jest na ten cel ponad 100 mln zł rocznie (swoje becikowe wypłacają też samorządy).
Podobne skutki może wywołać rządowa propozycja, aby wszystkie osoby, którym urodziło się dziecko, a które nie mają prawa do zasiłku macierzyńskiego, otrzymywały specjalne świadczenie. Nie dość, że to rozwiązanie społecznie niesprawiedliwe (pieniądze otrzymają i ci, którzy płacą składki, i osoby niedokonujące wpłat do ZUS), to jeszcze zniechęci to do podejmowania pracy, a zachęci do rodzenia dzieci w biedzie, po to by zyskać źródło utrzymania. Nie taki chyba miał być cel tego wsparcia.
Kolejnym przywilejem, który może budzić wątpliwości, jest roczna ochrona przed zwolnieniem w razie obniżenia wymiaru czasu pracy po powrocie do firmy z urlopu macierzyńskiego. Ustawodawca miał dobre chęci – chciał w ten sposób umożliwić rodzicom łatwiejsze godzenie obowiązków rodzicielskich z zawodowymi. Ochrona przed zwolnieniem miała im gwarantować to, że nikt szybko nie zrezygnuje z ich zatrudnienia, jeśli będą chcieli więcej czasu poświęcać na opiekę nad dzieckiem. Przepisy nie doprecyzowały jednak, o jakie obniżenie chodzi (np. co najmniej o 1/2 lub 1/3 etatu). – W rezultacie rodzice obniżają swój wymiar czasu pracy jedynie symbolicznie (np. o 1/24 etatu, czyli o 20 min na dzień). Dzięki temu otrzymują tylko nieznacznie niższe wynagrodzenie (we wskazanym przykładzie o 1/24) i roczną ochronę przed wypowiedzeniem. Trudno jednak nie zauważyć, że chodzi w takim przypadku przede wszystkim o zyskanie gwarancji zatrudnienia, a nie o łatwiejsze godzenie obowiązków – wskazuje Katarzyna Dulewicz.
Zupełnie nieskuteczna jest również inna gwarancja zawarta w kodeksie pracy, która nakazuje pracodawcy dopuszczenie rodzica po zakończeniu urlopu macierzyńskiego do pracy na dotychczasowym lub równorzędnym stanowisku. Firma musi ten obowiązek spełnić, ale nie ma żadnych przeszkód, aby np. kilka tygodni później rodzic został zwolniony. To przykład jednego z najbardziej nieskutecznych przywilejów. O efektywności kolejnych ulg dla rodziców przekonamy się już wkrótce – w tym tygodniu rząd przyjął projekt ustawy o karcie dużej rodziny (KDR), która od 1 stycznia 2015 r. zastąpi obecną uchwałę oraz rozporządzenie Rady Ministrów w tej sprawie. Oprócz dotychczasowych zniżek udzielanych przez instytucje i prywatne firmy, które zdecydowały się przystąpić do programu, rodziny będą mogły korzystać z kolejnych ulg. Najważniejszymi z nich będą ustawowe zniżki dla rodziców na przejazdy koleją (na bilety jednorazowe – 37 proc., a na miesięczne – 49 proc.). Dzięki karcie cała rodzina (dorośli i dzieci) będzie też mogła uzyskać ulgę w opłatach za wyrobienie paszportu. – KDR wydaje się dobrym pomysłem. Jest jednak wprowadzana bez uprzedniego sprawdzenia tego, jakie skutki wywoła, np. czy nie będzie powodowała nierówności społecznych itp. – uważa prof. Stanisława Golinowska.
Dział różne
Ulgi dla rodziców czy podatników mają charakter systemowy. Oprócz nich funkcjonuje jednak znacznie więcej przywilejów, które mają mniejszy zasięg oddziaływania i nie przynoszą obywatelom tak istotnych korzyści, ale też są wsparciem dla konkretnych grup społecznych. Dla przykładu honorowym krwiodawcom przysługuje zwolnienie z pracy na czas oddania krwi lub przeprowadzania badań okresowych oraz pierwszeństwo w dostępie do świadczeń medycznych. To drugie uprawnienie jest zagwarantowane także m.in. kombatantom i inwalidom wojennym. Ci ostatni mają z kolei też np. prawo do bezpłatnych leków. Z kolei mniej za medykamenty płacą m.in. wspomniani wcześniej honorowi dawcy krwi oraz dawcy przeszczepu. Natomiast abonamentu radiowo-telewizyjnego oprócz osób niepełnosprawnych nie muszą płacić też m.in. bezrobotni, osoby, które pobierają świadczenie przedemerytalne, oraz osoby, które ukończyły 75 lat lub 60 lat i mają prawo do emerytury, której wysokość nie przekracza miesięcznie kwoty 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Ulgi nie omijają też wymiaru sprawiedliwości. Zwolnienia z opłat sądowych w sprawach cywilnych może się domagać osoba, która wskaże, że nie jest w stanie ich ponieść bez uszczerbku utrzymania koniecznego dla siebie i rodziny.
Państwo jednak nie tylko zwalnia z jakichś opłat, ale równie często dopłaca do określonych usług lub zadań. Dla przykładu ze środków publicznych dofinansowana jest pomoc w znalezieniu pracy bezrobotnym (np. staże dla absolwentów szkół) oraz zakup pierwszego mieszkania (w ramach rządowego programu Mieszkanie dla Młodych).
Nie można też zapominać, że wszystkie wskazane wyżej ulgi czy przywileje mają charakter publiczny (wynikają z powszechnie obowiązujących przepisów). A obywatele mogą też korzystać z licznych ulg lub promocji komercyjnych, o ile zdecydują się na konkretną usługę lub zakup produktu.Przykładowo banki prześcigają się w przedstawianiu promocyjnych ofert prowadzenia konta dla młodych, seniorów czy przedsiębiorców, a towarzystwa ubezpieczeniowe – w oferowaniu zniżek przy zakupie ubezpieczenia samochodu lub mieszkania (m.in. dla różnych grup zawodowych, rodziców oraz przy zakupie przez internet albo kartą kredytową). Z kolei sieci handlowe wprowadzają np. dni ze zniżką dla seniora. Z tego typu promocji w praktyce skorzystać może każdy zainteresowany.
Do zmiany
Lekiem na tak rozdrobniony i nie zawsze efektywny system mogłaby być edukacja, która uświadomiłaby obywatelom, że nie ma bezpłatnych ulg lub przywilejów. – Na przykład Szwajcarzy odrzucili w referendum propozycję wydłużenia płatnych urlopów, bo mieli świadomość, że i tak za to dłuższe wolne będą musieli sami zapłacić. Jeśli będziemy mieć wyższy poziom edukacji, to już dzieci będą wiedzieć, że np. mleko w szkole nie jest darmowe, tylko płacą za nie rodzice. I to więcej, niż gdyby sami kupili je dziecku – mówi Andrzej Sadowski.
– Tyle że nie każdy rodzic indywidualnie zadba o odżywianie dziecka, aby mogło koncentrować się na nauce. Państwo musi dbać o rozwój społeczeństwa, a uporządkowany system ulg powinien być elementem good governance, czyli wysokiego standardu rządzenia – mówi prof. Stanisława Golinowska.
Jednocześnie podkreśla, że polityka społeczna w Polsce jest obecnie dramatycznie nieprofesjonalna. Partie wpisują propozycje w tej kwestii do swoich programów, a następnie często sam premier podejmuje decyzję o wsparciu danych obywateli. Grupa, która uzyska pomoc, traktuje ją jak prawo nabyte, którego nie można już odebrać. Tymczasem w dyskusji publicznej pojawiają się zarzuty nadużyć, jakich mają dopuszczać się poszczególni uprzywilejowani. – Na przykład powszechna jest opinia, że osoby starsze przesiadują w przychodniach, przez co przyczyniają się do powstawania kolejek. Nikt nie zastanawia się nad tym, że w Polsce brakuje geriatrów i żeby uzyskać jakąkolwiek pomoc, osoby starsze, często z wieloma schorzeniami, muszą czekać w kolejkach, żeby dostać się do różnych specjalistów – tłumaczy prof. Golinowska.
System ulg da się jednak uporządkować. – W Polsce, podobnie jak w całej UE, jest przerośnięty i da się usunąć z niego rozwiązania nieracjonalne. Sztandarowym przykładem mogą być deputaty węglowe, którymi handlują emerytowani górnicy – uważa Dominik Owczarek. Jego zdaniem nie można jednak całkowicie rezygnować z różnych form publicznego wsparcia. – Samo obniżenie podatków go nie zastąpi. Na przykład cięcie kosztów pracy nie gwarantuje tego, że wszyscy będą zatrudnieni i jakakolwiek pomoc społeczna nie będzie już potrzebna – dodaje.
Zmiany nie muszą być tak bolesne, jak mogłoby się wydawać. – Każdy doskonale wie, komu wsparcie rzeczywiście się należy, a komu nie. Jeśli do szpitala trafi poparzony górnik, to żaden pacjent nie powie, że powinien – tak jak inni – czekać w kolejce do lekarza. Potrzebna jest tylko wola polityczna do przeprowadzenia takiego procesu – twierdzi Stanisława Golinowska.
Zamach na nieuzasadnione ulgi jest więc możliwy. Pytanie tylko, kto czuje się na tyle silny, aby podnieść na nie rękę.
Polityka społeczna w Polsce jest obecnie dramatycznie nieprofesjonalna. Partie wpisują propozycje w tej kwestii do swoich programów, a następnie często sam premier podejmuje decyzję o wsparciu danych obywateli. Grupa, która uzyska pomoc, traktuje ją jak prawo nabyte, którego nie można już odebrać