„Informacja i komunikacja” to pierwszy dział gospodarki, w którym średnia miesięczna płaca brutto na trwałe osiągnęła pięciocyfrowy poziom. Tak wynika z podsumowania przygotowanego przez Główny Urząd Statystyczny. Dotyczy ono danych za pierwsze trzy kwartały tego roku porównanych z analogicznym okresem 2020 r.
„Najwyższą (średnią - red.) płacę brutto w sektorze przedsiębiorstw odnotowano w sekcji «Informacja i komunikacja» w wysokości 10 001,58 zł (wzrost o 8,2 proc.), zaś najniższą w sekcji «Zakwaterowanie i gastronomia» na poziomie 4127,85 zł (wzrost o 9,8 proc.)” - podał GUS w komunikacie dotyczącym firm spoza branży finansowej zatrudniających co najmniej 10 osób.
Dział „Informacja i komunikacja” obejmuje przede wszystkim firmy informatyczne. Pułap 10 tys. zł miesięcznie był już przekraczany w górnictwie i przemyśle paliwowym, ale tylko w miesiącach wypłaty dodatkowych wynagrodzeń lub premii. Oprócz tych działów blisko pięciocyfrowego poziomu jest też branża finansowa.
Średnia płaca w całym sektorze przedsiębiorstw (to ponad jedna trzecia ogółu zatrudnionych) we wrześniu wyniosła 5841,16 zł. W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku było to 5779 zł. Wrześniowy wynik oznacza nominalny wzrost o 8,7 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ub.r. Po skorygowaniu o inflację wzrost przeciętnej płacy kurczy się jednak do 2,6 proc.
Ekonomiści zwracają baczną uwagę na tempo wzrostu płac. Zastanawiają się bowiem, czy w naszej gospodarce pojawia się „spirala płacowo-cenowa” - rosnące ceny skłaniają pracowników do żądań większych wypłat, a przedsiębiorcy podniesienie wynagrodzeń rekompensują sobie podwyżkami cen swoich wyrobów lub usług. Wystąpienie takiego zjawiska świadczyłoby o utrwaleniu tendencji inflacyjnych.
- Rosnące wynagrodzenia pracowników to efekt presji płacowej wynikającej z rosnącej inflacji. Pracownicy coraz częściej domagają się podwyżki wynagrodzenia zasadniczego, która by pokryła rosnące koszty życia - komentuje Monika Fedorczuk z Konfederacji Lewiatan. Inaczej dane interpretują zaś ekonomiści banku PKO BP. „W danych nie widać mocniejszych symptomów narastania presji płacowej, mimo kolejnego miesiąca wzrostu inflacji. Nie widać także tworzenia się spirali płacowo-cenowej” - ocenili.
Podwyżki to także sposób na znalezienie rąk do pracy. Tu sytuacja się komplikuje.
Z prowadzonych wśród firm badań wynika, że pogłębiają się problemy ze znalezieniem pracowników o odpowiednich kwalifikacjach. „Rośnie konkurencja firm o kandydatów, co wymaga większej inwencji, by zapełnić wolne stanowiska, zwłaszcza w kontekście coraz niższej stopy bezrobocia w Polsce. Wysoka liczba pozapłacowych bonusów może już nie wystarczyć” - uważają analitycy ING Banku Śląskiego.
Są jednak i takie firmy, które zwalniają, i widać to w statystykach. Wrzesień był drugim z rzędu miesiącem spadku zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Ubyło 5 tys. etatów. „Niewielki spadek przeciętnego zatrudnienia we wrześniu 2021 r. wynikał m.in. z zakończenia i nieprzedłużania umów terminowych, rozwiązywania umów o pracę (niekiedy z powodu COVID-19), sezonowości zatrudnienia, a także pobierania przez pracowników zasiłków chorobowych” - informuje GUS.
W sektorze przedsiębiorstw było we wrześniu prawie 6,35 mln etatów w przeliczeniu na pełne dniówki. To o prawie 100 tys. mniej niż w lutym ub.r., czyli tuż przed wybuchem pandemii.

Zdecydowana większość Polaków obawia się wzrostu cen

79 proc. badanych zauważa wyższe rachunki za produkty spożywcze i napoje, 71 proc. mówi o większych kwotach zostawianych w restauracjach, 56 proc. wydaje więcej na ubrania i obuwie, a 54 proc. - na alkohol i papierosy. Jednocześnie aż 81 proc. Polaków martwi się możliwością wzrostu w najbliższej przyszłości cen najczęściej kupowanych towarów. Tak wynika z najnowszej edycji raportu Global State of the Consumer Tracker opracowanego przez firmę doradczą Deloitte, z którym zapoznał się DGP.
Wzrósł też odsetek tych, którzy mają wydatki większe niż dochody. - W czerwcu tak deklarowało 17 proc. ankietowanych, we wrześniu już 21 proc. Jednocześnie prawie co trzeci pytany martwi się o swoje oszczędności, a prawie połowa odkłada na późnej poważne zakupy - mówi Przemysław Szczygielski z Deloitte.
Wraz z rozkręcaniem się czwartej fali koronawirusa wracają obawy Polaków o bezpieczeństwo. Odsetek osób czujących się bezpiecznie podczas wizyty w sklepie stacjonarnym od czerwca spadł o 12 pkt proc. - do 62 proc. Nie przekłada się to na częstszy wybór zakupów online. Artykuły spożywcze, leki oraz artykuły domowe Polacy nadal zamierzają kupować w tradycyjnych sklepach. Wydają na nie coraz więcej, dlatego ograniczają inne wydatki. Cierpią na tym przede wszystkim restauracje. Wyłącznie w lokalach na mieście jada obecnie 28 proc. Polaków - o 10 pkt proc. mniej niż jeszcze w czerwcu.
Jeśli chodzi o poczucie bezpieczeństwa, nieznacznie od czerwca zmalały wskazania dotyczące podróżowania samolotem (z 40 do 39 proc.) oraz korzystania z indywidualnych usług, takich jak kosmetyczka, fryzjer czy dentysta (z 62 do 60 proc.). Wyjątkiem pozostają wydarzenia masowe: koncerty, kina, teatry. Za bezpieczne uważa je 51 proc. Polaków - o 6 pkt proc. więcej niż w czerwcu.
Ostatnie miesiące nie pomagają też w podjęciu decyzji o kupnie samochodu. Prawie jedna trzecia pytanych nie ma zdania na ten temat, a 48 proc. w ogóle nie bierze pod uwagę takiego kroku. Powodem jest brak pieniędzy, ale też narastające problemy z łańcuchem dostaw i wydłużający się przez to czas realizacji zamówień. We wrześniu o 4 pkt proc. spadł odsetek osób mających lub leasingujących samochód.
Patrycja Otto
Rynek pracy w firmach / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe