Wzrost liczby pracujących na czarno potwierdzają dane Państwowej Inspekcji Pracy, która w ubiegłym roku sprawdziła legalność zatrudnienia 66,6 tys. obywateli polskich i 19,3 tys. cudzoziemców. W przypadku tych pierwszych niezgodnie z przepisami zarobkowało 8,7 tys. osób. Naruszenia przepisów najczęściej polegały na niezgłoszeniu pracownika do ZUS (lub opóźnieniu w realizacji tego obowiązku; 8,1 tys. przypadków) i zatrudnianiu bez umowy o pracę (1,2 tys. przypadków). W przypadku cudzoziemców ujawniono 2,8 tys. przypadków zarobkowania niezgodnie z przepisami, najczęściej bez zezwolenia na pracę.

Wiele powodów

Sama PIP wskazuje przyczyny częstszego zatrudniania niezgodnie z przepisami. Umożliwia to zmniejszenie kosztów pracy, bo nie opłaca się składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, Fundusz Pracy, zaliczek na podatek dochodowy, różnych opłat związanych z zatrudnieniem (szkolenia, badania lekarskie, służba bhp). Korzyści odnoszą obie strony, bo firma zyskuje oszczędności i przewagę konkurencyjną (w nieuczciwy sposób), a zatrudniający – więcej pieniędzy do ręki.

Reklama

– Zainteresowani mają świadomość, że organom kontroli trudno udowodnić pracę nielegalną, szczególnie jeśli strony trwają w zmowie milczenia. Pamiętajmy, że inspekcja działa w trybie administracyjnym, a nie operacyjno-śledczym, więc możliwość pozyskiwania dowodów potwierdzających nielegalne powierzenie pracy jest ograniczona – podkreśla Dariusz Górski, dyrektor departamentu legalności zatrudnienia Głównego Inspektoratu Pracy.

Reklama

Oczywiście w niektórych przypadkach praca na czarno jest podejmowana z konieczności. Dotyczy to w szczególności osób z mniejszych miejscowości, w których trudniej o legalny etat. Zdarza się też, że zatrudnionym zależy na nierejestrowanym zarobkowaniu, bo chcą ukryć dochody (np. ze względu na obowiązki alimentacyjne).

– Do pracy na czarno zachęca sam system pomocy społecznej. Zatrudniony nie wykazuje formalnie dochodów, więc może liczyć na wsparcie państwa. Dlatego wielokrotnie postulowaliśmy urealnienie progów dochodowych świadczeń, aby nisko opłacani pracownicy nie musieli ukrywać, że pracują, z obawy o utratę wsparcia z pomocy społecznej – podkreśla Andrzej Radzikowski, przewodniczący OPZZ.

Na wzrost szarej strefy wpłynęła też pandemia. W kryzysowej sytuacji zatrudniający, którzy mieli problemy z płynnością finansową, chętniej oszczędzali na kosztach pracy. Możliwość kontroli była ograniczona, więc zmniejszało się ryzyko ujawnienia nielegalnego zatrudnienia i poniesienia konsekwencji.

– Pamiętajmy, że wielu przedsiębiorców, w szczególności z sektora usług, poważnie odczuło skutki kryzysu. W małych firmach, w których pracodawca ma bezpośredni kontakt z zatrudnionymi i nie ma działów kadr, łatwiej jest zatrudniać z pominięciem przepisów – wskazuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Co robić?

Sposobów na ograniczenie szarej strefy jest wiele. PIP postuluje m.in. wprowadzenie zgłaszania zatrudnionego do ZUS jeszcze przed podjęciem przez niego pracy (a nie w ciągu siedmiu dni) oraz zawieranie umów cywilnoprawnych na piśmie (co utrudniałoby twierdzenia, że np. z daną osobą zawarto ustne zlecenie). Rozwiązaniem może też być podwyższenie mandatów i grzywien z tytułu nielegalnej pracy (górna granica tych pierwszych to 2 tys. zł, drugich – 30 tys. zł, ale średnia wysokość grzywien nakładanych przez sądy wynosi 2,2 tys. zł). Inspekcja podkreśla, że zysk ze stosowania niedozwolonych praktyk jest o wiele wyższy niż kara finansowa, w szczególności ta w formie mandatu.

– Te postulaty są zrozumiałe, ale należałoby jednocześnie uprościć system obciążeń publicznych, który jest tak skomplikowany, że prawidłową wysokość wynagrodzenia wraz z podatkiem i składkami są w stanie wyliczać tylko eksperci. Niestety propozycje zmian w ramach Polskiego Ładu nie tylko nie naprawią tej sytuacji, ale wręcz ją skomplikują – uważa Jeremi Mordasewicz.

Rząd nie tylko chce zmodyfikować system danin publicznych, ale też walczyć z szarą strefą. W przypadku ujawnienia zatrudnienia na czarno przez odpowiednie służby pracownik nie będzie musiał płacić podatku od dochodu otrzymanego pod stołem. Ureguluje go firma, wraz z odsetkami za zwłokę (zapłaci też sankcję w postaci podatku od minimalnego wynagrodzenia za każdy miesiąc, w którym zatrudniała pracownika na czarno).

Zdaniem Konrada Filipa Turzyńskiego, doradcy podatkowego i partnera w KNDP, to rozwiązania zdecydowanie nadmierne. – Pracodawca straci podwójnie w razie wykrycia takiego procederu – nie będzie w stanie zaliczyć wydatku do kosztów i będzie miał przypisany dodatkowy przychód. Nie mówiąc już o tym, że poniesie cały ciężar składek ubezpieczeń społecznych. Ustawodawca ewidentnie szuka kozła ofiarnego do rozwiązania systemowych problemów wysokich kosztów pracy – podsumowuje.

Eksperci wskazują, że konieczne jest promowanie wiedzy na temat obciążeń publicznych. – Zatrudnieni godzą się na pracę na czarno, bo uważają, że płacą wysokie składki i podatki, a nie otrzymują w zamian odpowiednich usług publicznych. Udział mają w tym ekonomiści i politycy, którzy twierdzą, że w przyszłości nie będzie można liczyć na emeryturę, bo cały system ubezpieczeń społecznych jest niewydolny – podsumowuje przewodniczący Radzikowski.

Nielegalna praca