Czerwiec przyniósł najwyższy od dwóch lat wzrost zatrudnienia i utrzymanie notowanej również w poprzednich dwóch miesiącach ok. 10-proc. dynamiki płac w sektorze przedsiębiorstw, czyli w firmach niefinansowych zatrudniających co najmniej 10 osób – wynika z danych opublikowanych w poniedziałek przez Główny Urząd Statystyczny.
Zatrudnienie było o 2,8 proc. wyższe niż rok wcześniej. W porównaniu z poprzednim miesiącem liczba pełnych etatów zwiększyła się o ok. 21 tys. „Było to wynikiem m.in. przyjęć w jednostkach, zwiększania wymiaru etatów zatrudnionych pracowników do poziomu sprzed pandemii, a także mniejszej absencji w związku z przebywaniem na urlopach bezpłatnych i pobieraniem zasiłków chorobowych” – podał GUS. Ekonomiści porównują dane dla tego samego miesiąca na przestrzeni lat. Okazuje się, że ostatni czerwiec pod względem przyrostu zatrudnienia był najlepszy od 2007 r. – czyli szczytu boomu gospodarczego po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Do powrotu do poziomu zatrudnienia z okresu sprzed pandemii wciąż brakuje jednak kilkudziesięciu tysięcy etatów.
„Rynek pracy poprawia się wraz ze znoszeniem ograniczeń administracyjnych dla działalności gospodarczej. Spodziewamy się, że poprawa będzie kontynuowana także w kolejnych miesiącach, choć miesięczne przyrosty najpewniej nie będą już tak znaczące” – skomentowali ekonomiści Banku Millennium. W ich ocenie rosnący popyt na pracę będzie sprzyjał zwiększeniu wynagrodzeń. „Dane za czerwiec z rynku pracy wpisują się w zakładany scenariusz poprawy, choć niepewność dotycząca nawrotu pandemii i ponownego wprowadzenia obostrzeń może ograniczać tempo przyrostu zatrudnienia” – ocenili bankowi eksperci. W ich opinii na ten moment nie widać w danych statystycznych, aby podaż pracowników w sektorach, które najbardziej ucierpiały w pandemii, takich jak zakwaterowanie czy gastronomia, była znaczącym problemem dla zwiększenia działalności.
Reklama
Średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw wyniosła w czerwcu 5802,4 zł. Była o 9,8 proc. wyższa niż rok wcześniej. Podobne tempo wzrostu notowano w kwietniu i maju. Wcześniej wynagrodzenia zwiększały się tak mocno w 2008 r.

– To, że wzrost wynagrodzeń praktycznie nie spowolnił, oznacza, że presja płacowa rośnie. Nie przeszkadza to, że w czerwcu zaczęła wygasać ochrona miejsc pracy wprowadzona przez tarcze PFR – ocenia Karol Pogorzelski, ekonomista ING Banku Śląskiego. Podkreśla, że siła przetargowa pracowników pozostała mocna i zwiastuje wzrost wynagrodzeń co najmniej do końca roku.

Reklama
Wymagane zamrożenie etatów związane z otrzymywaniem przez firmy rządowej pomocy to jeden z czynników ryzyka dla rynku pracy. Okres bez zwolnień właśnie się kończy. Przedsiębiorstwa, które nie widzą perspektyw rozwoju, mają otwartą drogę do ograniczania zatrudnienia bez konieczności zwracania pieniędzy otrzymanych od państwa.
– Przypuszczaliśmy, że część pracodawców zdecyduje się na redukcję zatrudnienia w ramach dostosowania się do panującej sytuacji gospodarczej, jednakże w danych GUS z rynku pracy dla sektora przedsiębiorstw nic takiego nie widać. Prawdopodobne jest, że większy wpływ będzie obserwowany wśród mikrofirm, których powyższe dane nie obejmują – wskazuje Kamil Łuczkowski, ekonomista Banku Pekao.
Również analiza zwolnień grupowych potwierdza, że rynek pracy wraca do stanu, w którym pracownicy stają się coraz cenniejsi. Podobnie jak w latach przed pandemią pracodawcy niechętnie żegnają się z zatrudnionymi.
Podczas gdy w trakcie pierwszego pandemicznego zamrożenia pracodawcy zgłaszali do urzędów pracy zamiar pozbycia się po ok. 10 tys. pracowników miesięcznie (co i tak w liczącym ok. 17 mln aktywnych zawodowo osób gronie było wynikiem niewielkim), teraz liczby były jeszcze mniejsze. Licząc na gospodarcze ożywienie i otworzenie gospodarki, pracodawcy nie chcieli zwalniać grupowo niemalże wcale. W kwietniu 2021 r. pracodawcy w całym kraju zgłosili zamiar redukcji kadr w wyniku zwolnień grupowych o ok. 1,3 tys. osób. To wynik dużo lepszy niż w marcu, gdy szalała jeszcze trzecia fala – wówczas zgłoszenia do urzędów pracy dotyczyły ok. 5,7 tys. osób. Tendencja jest jednak wzrostowa. W maju było to bowiem już ok. 2,7 tys. Rekordowym miesiącem w tym roku pod tym względem stał się natomiast czerwiec. Firmy zadeklarowały chęć zwolnień ok. 3,4 tys. osób. A to oznacza, że skala ta niemalże zrównała się z czerwcem 2020 r., gdy pracodawcy zgłosili zamiar pozbycia się 3,9 tys. osób.
Trudno więc mówić o załamaniu, jednak faktycznie mijający okres ochronny tarcz antykryzysowych spowodował, że część pracodawców myśli o zwolnieniach. Te plany nie muszą jednak być wcielane w życie. Część firm ostatecznie rezygnuje bowiem z uszczuplania kadr. W czerwcu dokonane już zwolnienia są niewielkie – to ok. 1,3 tys. osób, przy około tysiącu w kwietniu i w maju.
– W zwykłych warunkach rynkowych poziomy zwolnień w okolicy kilku tysięcy uznawalibyśmy za zupełnie normalne. Nawet gdy odnotowywany jest obecnie wzrost planowanych zwolnień grupowych, to liczby wciąż pozostają niewielkie w skali całego rynku pracy – mówi Andrzej Kubisiak, wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) oraz ekspert ds. rynku pracy. – To sprawia, że jak na razie nie widać dowodów na to, że koniec tarcz miałby przekładać się na radykalne zmiany w zatrudnieniu – dodaje.
Jego zdaniem prawdziwy tegoroczny sprawdzian dla rynku dopiero przed nami. – Znacznie ważniejszym testem będzie jesień, bo wówczas będzie widać, jak wielkie perturbacje może spowodować Delta. Ewentualne restrykcje mogą nie sprzyjać dalszej odbudowie, a jesień jest w dodatku tradycyjnie okresem zamrożenia części branż i inwestycji – ocenia.
Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw