Uzasadnienie jest takie, że „praca artysty jest pracą szczególną”. A „system ubezpieczeń społecznych nie jest dostosowany do specyfiki pracy artystów i nieregularności ich zarobków”.

Więc, po pierwsze, pozwolę sobie przedstawić stanowisko, że każda praca jest pracą szczególną – dla tego, kto ją wykonuje i dla tego, kto z niej korzysta. Dla chorego bardziej szczególna jest praca salowej w szpitalu niż…. (żeby nikogo nie urazić, każdy czytelnik niech twórczo wymyśli sobie swojego ulubionego twórcę). Górnicy do niedawna wykonywali pracę szczególną i w związku z tym mieli przywileje emerytalne, a teraz artyści propagują zamykanie w ogóle górnikom ich miejsc pracy.
Po drugie, polski system ubezpieczeń społecznych nie jest dostosowany do specyfiki pracy różnych grup zawodowych. Specyficzną pracę mają także np., adwokaci – też muszą zabiegać o klientów i zarobki mają nieregularne. A oni – w odróżnieniu od artystów – na etacie zatrudnić się u nikogo w ogóle nie mogą.
Po trzecie, nie ma w Polsce w ogóle żadnego „systemu”. System to pewna logicznie zorganizowana całość. O żadnej logice nie ma mowy, więc i o systemie. Jest chaos. Ale nie czepiajmy się akurat tego szczegółu. Jest wiele innych szczegółów, dla których jest więcej powodów, żeby się ich czepiać. Ba! Nie tylko o szczegóły, lecz także o zasadę.
Idea „praworządności”, bardzo ostatnio wspierana przez artystów, oznacza, że prawo powinno być zgodne z zasadą ogólności, pewności i równości. Nie powinniśmy więc tworzyć przepisów dla wybranych grup – zamiast ogółu obywateli. O pewności żadnej być mowy nie może, gdy jakaś rada będzie woluntarystycznie rozstrzygała, kto artystą jest, kto nie jest i komu się należy, a komu nie – nawet jak za tego artystę zostanie przez tę jakąś tam radę uznany. I z całą pewnością, jak artysta będzie inaczej traktowany przez prawo niż salowa w szpitalu, to o równości prawa nie będzie mowy. To jak to ma być z tą „praworządnością”?
Ponoć dochody 60 proc. zawodowych artystów w Polsce kształtują się poniżej średniej krajowej. Ale „średnia” może być w całej gospodarce albo w sektorze przedsiębiorstw. Ta druga jest wyższa (5,9 tys. zł w stosunku do 5,4 tys. zł). Ale ta różnica też nie jest ważna. Ważniejsze jest to, że dochody większości Polaków kształtują się poniżej średniej krajowej. Jak idę z psem na spacer, to mamy średnio po trzy nogi. Jak prezes Obajtek zarabia 100 tys. zł miesięcznie, to 49 pracowników stacji benzynowych Orlenu może zarobić po 3,3 tys., żeby średnio wyszło im wszystkim po 5,4 tys. zł.
Ponoć tylko niecałe 7 proc. artystów można zaliczyć do osób „względnie zamożnych”. Nie wiem, ile to jest zdaniem pomysłodawców w konkretnych pieniądzach, ale przypomnę, że w drugim progu podatkowym (o dochodach powyżej 7,5 tys. zł miesięcznie, czyli tych bardzo „względnie zamożnych”) jest raptem 5 proc. wszystkich Polaków.
Ponoć ponad połowa artystów pracuje na umowy o dzieło, a 30 proc. bez żadnej umowy. Na umowę o pracę na czas nieokreślony może liczyć ok. 14 proc. z nich. Ale artyści mający taki sam przychód jak inni płacą niższy podatek, bo mają wyższe koszty uzyskania przychodu. Nie są one ustalone kwotowo, tylko procentowo – 50 proc. Co prawda nie od całego przychodu, a tylko do wysokości 171 tys. zł rocznie, ale robi to sporą różnicę. Artysta od przychodu w wysokości 170 tys. zł mający 50 proc. kosztów jego uzyskania płaci podatek od 85 tys. zł w wysokości 17 proc. Inni, którzy zarobią na umowę o pracę (na brak której skarżą się artyści) 170 tys. zł, mają koszt uzyskania przychodu w wysokości 3 tys. zł. Płacą więc 17 proc. od 85 tys. zł i 32 proc. od pozostałych 82 tys. zł.
Artyści mają płacić preferencyjne składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Niemający innego tytułu do ubezpieczenia (jak umowa o pracę czy działalność gospodarcza) będą płacić zryczałtowane składki naliczane od płacy minimalnej – obecnie to niespełna 1–2 tys. zł miesięcznie. Inni prowadzący działalność gospodarczą płacą ponad 1,4 tys. zł miesięcznie.
Jednocześnie umowy zlecenia artystów dotyczące działalności artystycznej zostaną w ogóle zwolnione ze składek. Ponadto artyści, których łączne dochody ze wszystkich źródeł (także nieartystycznych) nie przekroczą 80 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej (czyli nie przekroczą 4,3 tys. zł), otrzymają też „dopłatę do składki” – na poziomie 20–80 proc. (w zależności od dochodu, czyli 20 proc. przy dochodzie 4,3 tys. zł i więcej przy dochodzie niższym). Mniej niż 4,3 tys. zł to zarabia pewnie połowa Polaków. GUS dane na ten temat publikuje co dwa lata. Ostatnio zrobił to w roku 2020, pokazując dane za rok 2018. Średnie wynagrodzenie wynosiło wówczas 5 tys. zł, ale mediana była o 1 tys. niższa. Jak dziś średnia wynosi 5,4 tys. zł to mediana pewnie ok. 4,4 tys. zł. Przypomnę, że mediana wynagrodzeń to wartość, która dzieli nas na pół – połowa zarabia więcej, połowa mniej od mediany. Od mediany! Nie mylić ze średnią. Poniżej średniej – jak już pisałem – zarabia zdecydowana większość.
A co do emerytur to nie mogę nie przypomnieć artystom (także „artystom” z rządu), że nie tylko artyści miewają niskie emerytury. Od lat głoszę ideę emerytury obywatelskiej. Równej dla wszystkich po osiągnięciu jakiegoś wieku. I co ja słyszę? Że to wielka niesprawiedliwość by była, bo świadczenia emerytalne nie byłyby uzależnione od wysokości zapłaconej składki. Odpowiadam niezmiennie, że składki na ubezpieczenie zdrowotne też płacimy w różnej wysokości i to bez limitu jak w przypadku składki emerytalnej, a świadczenia mamy takie same. No, chyba że ktoś jest artystą – wtedy ma szansę szybciej się zaszczepić w przypadku ogłoszenia pandemii. Bardzo miło by mi było, gdyby artyści gremialnie wsparli ten mój praworządny pomysł. Nie byłoby wyjątków (zasada ogólności), tak samo traktowani byliby wszyscy (zasada równości), a wysokość emerytury byłaby znana (zasada pewności). ©℗