Przeciwnicy, głównie ze środowisk biznesu i liberalnych ugrupowań politycznych, wskazywali na negatywne konsekwencje dla gospodarki, zatrudnienia i rynku pracy. Warto skomentować te argumenty, bo projekt – choć nie idealny – jest Europie potrzeby. Najwyższy czas, aby UE była nie tylko wspólnotą gospodarczą. Musimy wzmocnić także sferę społeczną, a projekt dyrektywy jest krokiem we właściwą stronę. Nie można budować przewagi konkurencyjnej Unii niskimi płacami pracowników Europy Środkowo-Wschodniej.
Komisja w uzasadnieniu do projektu pisze, że „zapewnienie pracownikom w Unii adekwatnego wynagrodzenia ma kluczowe znaczenie dla zagwarantowania odpowiednich warunków pracy i życia”. Ile to wynagrodzenie powinno wynosić, aby można było uznać je za adekwatne? W treści projektu nie odnajdujemy jednoznacznej odpowiedzi. Za to w preambule do wniosku Komisja wspomina o wskaźnikach „powszechnie stosowanych na szczeblu międzynarodowym, na przykład 60 proc. mediany i 50 proc. średniego wynagrodzenia brutto” (pkt 21). To ważny punkt odniesienia, zbieżny z akceptowanym w politycznych debatach w Europie indeksem Kaitza.
W ocenie OPZZ ważne jest, aby odniesienie do 60 proc. mediany i 50 proc. średniego wynagrodzenia brutto znalazło się w treści przepisów dyrektywy.
W trakcie debat poprzedzających publikację w przestrzeni publicznej pojawiały się dwa główne argumenty wysuwane przez środowiska biznesowe i część ekonomistów krytykujące to rozwiązanie. Po pierwsze, że czas kryzysu gospodarczego nie jest właściwym momentem dla wielu firm, aby podnosić płace minimalne do poziomu co najmniej 60 proc. mediany i 50 proc. średniego wynagrodzenia brutto, bo to może utrudnić wychodzenie z kryzysu. Po drugie, że płace minimalne na tym poziomie doprowadzą do likwidacji tysięcy miejsc pracy. Argumenty te nie znajdują potwierdzenia w danych empirycznych.
W ocenie OPZZ implementacja zasady sprawiedliwych płac minimalnych w Europie będzie miała pozytywny wpływ na gospodarkę i jej konkurencyjność oraz przyspieszy wychodzenie z kryzysu.
OPZZ nie podziela neoklasycznego podejścia do płac minimalnych, w którym rynki pracy należy traktować jak rynki towarów czy usług, kierowane zasadami podaży i popytu. Nie wierzymy, że wolny rynek i tzw. niewidzialna ręka rozwiążą problem bezrobocia, niskich płac i wykluczenia społecznego. Dlatego władze muszą stosować aktywną politykę rynku pracy i dokonywać interwencji w politykę płac. Płace minimalne nie muszą powodować utraty konkurencyjności ani wzrostu bezrobocia. Szczególnie gdy zasada godnych wynagrodzeń będzie realizowana w całej Unii. Zresztą tylko wtedy będzie można mówić o uczciwej konkurencji, a nie konkurencji kosztem pracowników.
To, że wzrost płacy minimalnej nie generuje utraty miejsc pracy, pokazuje przykład Niemiec, gdzie przedsiębiorcy po wprowadzeniu w 2015 r. federalnej płacy minimalnej zapowiadali utratę od 425 tys. do 1,2 mln miejsc pracy. Podobnie reagowały organizacje przedsiębiorców w Polsce na szybszy wzrost wynagrodzeń. Dane pokazały, że nic takiego nie nastąpiło.
Jednym słowem, nie ma żadnego naukowego potwierdzenia, że wprowadzenie mechanizmu płacy minimalnej i jej wzrostu prowadziło do znaczących negatywnych efektów dla rynku pracy, w tym dramatycznej utraty miejsc pracy. Badania z ostatnich lat wskazują raczej na tendencję odwrotną.
Podsumowując, neoklasyczne podejście do rynku pracy się nie potwierdza. Jest korzystne dla maksymalizacji zysku kosztem taniej pracy pracowników. Pomija ono też wpływ wyższej płacy minimalnej na wzrost popytu.
Keynesowskie inspiracje zwracają uwagę na wpływ płac minimalnych na płace ogółem oraz na zmiany w zagregowanym popycie. Zgodnie z nimi wyższe płace minimalne owszem podnoszą koszty pracy z perspektywy pojedynczego pracodawcy, ale zwiększają popyt konsumpcyjny pracowników otrzymujących najniższe wynagrodzenia i ich rodzin. Ogólnie rzecz biorąc, efekt konsumpcji prowadzi do wzrostu popytu i zatrudnienia. A zatem nawet jeśli część firm o niskim poziomie wydajności zmniejszy stan zatrudnienia lub zaprzestanie prowadzenia biznesu, to nie oznacza, że zmniejszy się zatrudnienie ogółem. Może ono wzrosnąć w innych firmach. Wyższe wynagrodzenie może sprawić, że część osób biernych zawodowo zdecyduje się podjąć pracę. To palący problem w Polsce, gdzie odsetek aktywnych zawodowo wyraźnie odstaje od średniej unijnej. W dół.
Podsumowując, potencjalnie negatywny wpływ jednostkowego wzrostu kosztów pracy może być zrekompensowany pozytywnymi efektami po stronie ogólnego wzrostu popytu i zatrudnienia. Ma to tym większe znaczenie, że wzrost w Europie w większym stopniu napędzany jest przez popyt wewnętrzny i eksport niż przez zyski wypracowane przez sektor finansowy.
Innym problemem podejścia neoklasycznego jest traktowanie płac tylko jako kosztów pracy. Musimy jednak widzieć wynagrodzenia jako źródło dochodów dla pracowników i pracowniczych gospodarstw domowych. Ich wydatki to popyt na produkty i usługi oferowane przez biznes. Nikt nie będzie więcej kupował, jeśli nie będzie miał większych dochodów. W tym sensie płace i ich wzrost pełnią funkcję silnika dla działalności gospodarczej, wzrostu PKB i tworzenia miejsc pracy. Inaczej mówiąc, moje wynagrodzenie pozwala mi na wydatki, które składają się na wynagrodzenie i utrzymanie miejsca pracy innego pracownika. I odwrotnie, wynagrodzenia innych pozwalają utrzymać moje miejsce pracy i moje wynagrodzenie. Pracownik to ważna wartość dodana firmy. Jego wiedza, doświadczenie i zaangażowanie wpływają na wydajność i innowacyjność.
Część pracodawców i dzisiaj podziela pogląd, że płace są tylko kosztem. To powoduje przekonanie, że cięcia płac pozwolą zwiększać konkurencyjność firm i tym samym powiększać zyski. Takie myślenie jest błędne, bo zakłada, że poziom zagregowanego popytu w gospodarce jest dany i stały. Jeżeli – szczególnie w czasie obecnego kryzysu – większość firm zareaguje podobnie, to spadek płac dotknie znaczącą część gospodarki. To zmniejszy poziom łącznego popytu. Mniejszy popyt to mniejsze zainteresowanie produktami i usługami, a to oznacza mniej pracy i miejsc pracy. Praktyka pokazała, że to może wywołać sprzężenie zwrotne pogłębiające kryzys gospodarczy powodowany spadkiem zapotrzebowania na produkty i usługi.
To klasyczny błąd założenia lub paradoks oszczędności. Nie jest tak, że redukując pensje pracownikom dla utrzymania ich miejsca pracy, ratujemy rynek pracy przed zapaścią. To błędne myślenie prowadzące tylko do pogłębiania problemów, które w wydaniu polskiego rządu towarzyszy nam niestety od początku pandemii. Ta logika ma jeszcze jedną właściwość. Podniesienie płac w jednym przedsiębiorstwie nie zwiększy zagregowanego popytu. Z kryzysu nie wygrzebią nas pojedyncze firmy. To może zadziałać tylko w ramach systemowego i skoordynowanego rozwiązania. Takim rozwiązaniem jest właśnie dyrektywa dotycząca adekwatnych wynagrodzeń minimalnych mająca wpływ na wszystkie państwa członkowskie UE. Warto bowiem pamiętać, że wzrost płac minimalnych wywołuje efekt fali zwiększającej płace ogółem. Dostrzegamy to także w Polsce.
Wyższe płace minimalne to także dwie zasadnicze korzyści dla państwa. Po pierwsze zmniejsza się zakres biednych pracujących, a zatem w mniejszym stopniu państwo musi wspierać obywateli świadczeniami socjalnymi. Ma to dalekosiężne konsekwencje nie tylko ekonomiczne, lecz także psychologiczne i społeczne. Po drugie państwo otrzymuje wyższe przychody z tytułu podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Wyższe płace minimalne to najlepsza inwestycja – inwestycja w człowieka, jego rozwój i przyszłość.
Podsumowując, dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie adekwatnych wynagrodzeń minimalnych w Unii Europejskiej nie zaszkodzi zatrudnieniu, konkurencyjności ani wzrostowi gospodarczemu. Będzie dokładnie odwrotnie. Europa potrzebuje wyższych płac, w tym wyższych płac minimalnych. Tego oczekują obywatele Europy. To leży w interesie wszystkich.
Ważne Wyższe płace minimalne to dwie zasadnicze korzyści dla państwa. Po pierwsze zmniejsza się zakres biednych pracujących, a zatem w mniejszym stopniu państwo musi wspierać obywateli świadczeniami socjalnymi. Po drugie państwo otrzymuje wyższe przychody z tytułu podatków i składek na ubezpieczenia społeczne