Miały rozwiązywać najpoważniejsze problemy, a rodzą patologie. Szlachetne pobudki niekoniecznie przekładają się na dobre rozwiązania z zakresu polityki społecznej.
W Szwecji równanie szans doprowadziło do segregacji pacjentów w szpitalach. W Stanach przyczyniło się do rozpadu czarnych rodzin. W Wielkiej Brytanii – do powstania całej warstwy ludzi żyjących z państwowych benefitów. Twórcom takich rozwiązań zawsze przyświecają szczytne cele. Patrząc na efekty, nie sposób jednak zapomnieć, co o dobrych chęciach mówi ludowa mądrość.
Reklama

Reklama
Socjologowie z Uniwersytetu Łódzkiego przedstawili w listopadzie raport dotyczący stanu polskiej rodziny. Wyniki ich badań okazały się miażdżące dla tradycyjnego modelu – są powiaty, w których połowa dzieci rodzi się poza małżeństwem. Średnia dla Polski to zaś 22 proc. takich narodzin – co piąte dziecko przychodzi tak na świat w mieście i co czwarte na wsi. Zwycięstwo liberalnych światopoglądowo młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków? Wyniki łódzkich badań kuszą, by je odtrąbić, ale socjologowie przestrzegają przed prostymi osądami. Z jednej strony badacze zauważają bowiem rozpad systemu, w którym seks i prokreacja były z małżeństwem nierozerwalnie związane łańcuchem obyczajów, i pokazują, że tam, gdzie konserwatywne wartości są silne, skala pozamałżeńskich urodzeń jest mniejsza. Z drugiej jednak dostrzegają, że przemiany obyczajowe nie są jedyną odpowiedzią – wśród tych, którzy decydują się na dziecko bez formalnego związku, istotną grupę stanowią ludzie słabo wykształceni o niestabilnych dochodach. Czyli po prostu biedni. Tacy, dla których choćby niewysoki zasiłek (77 zł miesięcznie na każde dziecko do 5. roku życia, 106 zł na dziecko powyżej 5. roku życia i 115 zł na dziecko powyżej 18. roku życia) może być istotną pozycją w domowym budżecie. Badania Eurostatu prowadzone w 2010 r. pokazały, że ta grupa nie jest wcale taka mała – zagrożeni wykluczeniem społecznym lub biedą to kategoria obejmująca nawet 27,8 proc. Polaków.
Nawet dla tych, którzy jakoś sobie radzą, samotne rodzicielstwo może w obecnym systemie oznaczać pewne profity. Choćby wtedy, gdy najbliższe przedszkole nie ma wystarczającej liczby miejsc, by przyjąć wszystkich chętnych, i między rodzicami rozpoczyna się konkurencja o dostęp do ograniczonych zasobów. Kandydatom przypisywane są wtedy określone przez Ministerstwo Edukacji Narodowej punkty – najwięcej dostają pięciolatki (119 pkt), dzieci samotnych rodziców (118 pkt), rodziców niepełnosprawnych (117 pkt) oraz dzieci z rodzin zastępczych (116 pkt). Choć wniosek, że rodzice nie biorą ślubu ze względu na przedszkole, może brzmieć absurdalnie, pewną poszlaką, że jest to jednak możliwe, może być sonda przeprowadzona w maju przez DGP. Ankieterzy obdzwonili 50 gmin, pytając o liczbę samotnych rodziców, których dzieci dostają się do przedszkoli. Dowiedzieli się, że na przykład w Żninie w 2010 r. takich osób było 36, a w 2013 r. prawie dwa razy więcej. Podobnie w Gdańsku – 590 trzy lata temu i 700 obecnie. W Płocku 390 i 500.
Doktor Piotr Szukalski, który kieruje na Uniwersytecie Łódzkim Zakładem Demografii i Gerontologii Społecznej, wyjaśnił w rozmowie z „Rzeczpospolitą” wyniki raportu o polskiej rodzinie w jednym zdaniu: „Źle działający system pomocy popycha ludzi do takiego życia”.

Łowcy benefitów

Polityka społeczna to, najkrócej mówiąc, tworzenie równych szans dla rozwoju obywateli – taki wydźwięk ma definiujący ją art. 22 powszechnej deklaracji praw człowieka. W założeniu mająca wspierać najsłabszych, daje czasem zupełnie nieoczekiwane rezultaty. Polski przypadek, w którym mogła wpłynąć na liczbę dzieci rodzących się poza małżeństwem, to tylko wierzchołek góry lodowej. Wystarczy się rozejrzeć po Europie.
Wielka Brytania na realizację postulatów państwa dobrobytu przeznacza już dwie trzecie wydatków państwa. Nic dziwnego – system rozrastał się od początków XX w., obejmując coraz to nowe obszary i kolejne grupy z jakiegoś powodu upośledzonych społecznie mieszkańców. W 2010 r. 28 proc. tych wydatków przeznaczone było na zabezpieczenie socjalne, w tym system ulg i zasiłków. Brytyjski podatnik finansuje: zasiłki dla bezrobotnych, tych którzy mają kiepskie warunki mieszkaniowe, tych, którzy wychowują dzieci. W szczególnych przypadkach finansują też... podatki innych obywateli. Funkcjonowanie w rozległym systemie benefitów nie wymaga specjalnych starań – dopłaty może dostać każdy, kto przebywa na terytorium Zjednoczonego Królestwa legalnie i spełnia podstawowe warunki opisane dla każdej ulgi lub zasiłku.
Rozbudowany system dopłat, który zapewne był zbawienny dla wielu rodzin, przyniósł dwa zupełnie nieoczekiwane rezultaty. Pierwszy problem to imigranci. Jak podaje organizacja Migration Watch UK, tylko od 1997 do 2013 r. na Wyspach zamieszkało 4 mln obcokrajowców; najwięcej przybyło ich po rozszerzeniu UE w 2005 r. W Londynie nie-Brytyjczycy mają stanowić już 52-procentową większość. Przedstawiciele organizacji walczącej o ograniczenie imigracji nie dziwią się tym ruchom – zdają sobie sprawę, że Wielka Brytania była dla wielu niezwykle atrakcyjnym krajem. Na swojej stronie oceniają, że poziom życia wzrastał w przypadku niektórych imigrantów aż czterokrotnie w porównaniu z tym, który wygnał ich z ojczyzny. „Yorkshire Evening Post” nazwał Wielką Brytanię wprost magnesem na imigrantów.
Oczywiście to nie sama imigracja jest największym problemem Wielkiej Brytanii, ale to, jak wielu przyjezdnych wysysa państwo socjalne. Wśród „łowców benefitów” – tak definiuje ich polonijny żargon – są i ci, którzy żyją wyłącznie z państwowych zasiłków, nie podejmując stałej pracy, i ci, którzy korzystając z unijnych przepisów, pobierają zasiłki na dzieci zostawione w domu. Brytyjski budżet utrzymuje w ten sposób 40 tys. dzieci w 29 krajach. Jeszcze gorszych wyników mieszkańcy Wysp spodziewają się, kiedy Rumunia i Bułgaria zakończą swój okres przejściowy i obywatele tych państw będą mogli bez ograniczeń sprowadzać się do Zjednoczonego Królestwa.
Drugi problem to rodowici Brytyjczycy, którzy również świetnie się odnaleźli w systemie dopłat. Premier David Cameron zwrócił niedawno uwagę, że życie z zasiłków stało się dla wielu z nich alternatywą wobec poszukiwania pracy. W jednym z wywiadów powiedział, że niektórzy dostają dodatek mieszkaniowy w wysokości pozwalającej wynająć domy, na które nie stać ludzi płacących podatek, z których ten benefit jest wypłacany. „Powinniśmy powiedzieć ludziom, że jeśli mogą pracować, powinni to robić” – mówił w rozmowie z dziennikarzami „Daily Mail” i dodał, że największym problemem dzisiejszych brytyjskich dzieci nie jest to, że żyją w biedzie, ale że mieszkają w domach, w których nikt nie pracuje.
W efekcie w pogoni za równością szans Wielka Brytania pogrążyła się w poważnym deficycie. Dziś musi na nowo szukać definicji równości, która uwzględni te okoliczności. W maju królowa Elżbieta II przedstawiła Izbie Lordów rządowy projekt regulacji i zapowiedziała, że Wielka Brytania „będzie promować bardziej sprawiedliwe społeczeństwo, które wynagradza za ciężką pracę”.



Jednorodne grupy nieleczonych

Idea bardziej sprawiedliwego społeczeństwa od dziesięcioleci przyświeca też Szwedom. Zgodnie z nią skonstruowali system opieki społecznej, który dzięki licznym stypendiom, zasiłkom i instytucjom dba o obywatela od narodzin do śmierci. Na zasadzie równości i przejrzystości oparł się także szwedzki system opieki zdrowotnej. Trudno o bardziej szczytne założenia: szwedzcy pacjenci stali w długich kolejkach do coraz bardziej zadłużających się szpitali, więc rząd zaczął poszukiwać nowych, lepszych dla społeczeństwa rozwiązań. Wzorzec znaleziono w Stanach Zjednoczonych. Pewien analityk nie mógł zrozumieć, dlaczego z jednych szpitali pacjenci z tą samą przypadłością wychodzą szybciej, a innym rekonwalescencja zajmuje znacznie więcej czasu. Przeanalizował kilka tysięcy diagnoz i wpadł na pomysł, by pogrupować zabiegi medyczne według potrzebnego do ich wykonania czasu i zasobów. Tak narodziły się jednorodne grupy pacjentów – JGP. Pomysł podchwyciła administracja prezydenta Ronalda Reagana i kilka lat po jego opracowaniu wdrożyła jako nową politykę zdrowotną.
W Szwecji regulacje przyjęto jako lekarstwo na problemy i szpitali, i państwa, JGP narzuciły bowiem rynkowe zasady w służbie zdrowia. Od tej pory nie uzupełniano już szpitalnej kasy, kiedy tylko zaczynało pokazywać się w niej dno, ani nie finansowano niepotrzebnych zabiegów (wcześniej się zdarzało, że lekarze przeprowadzali ich więcej, niż było potrzeba, żeby uzyskać dla placówek więcej pieniędzy). Każdy przypadek, z którym do szpitala przychodził pacjent, klasyfikowany był jako procedura medyczna z odpowiednim kodem. Każdy kod z kolei miał określoną wartość w punktach, te z kolei przekładały się na pieniądze dla szpitala – każdy punkt był wart konkretną kwotę. W teorii system wygląda idealnie. W teorii.
Patologie, jakie z niego wynikły w ciągu dwudziestu lat funkcjonowania, opisał szwedzki dziennikarz polskiego pochodzenia Maciej Zaremba Bielawski. Pierwotnie w dzienniku „Dagens Nyheter”, a później w książce „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji” pisał, że już w 1993 r. zaczęto mówić w szpitalach i klinikach o „nierentownych pacjentach”. „W ankiecie co trzeci lekarz odpowiedział, że tych nierentownych bada i leczy się mniej, niż by to było wskazane” – cytował statystyki Zaremba.
Przypisanie dolegliwościom różnych pacjentów punktowych wartości miało zdaniem dziennikarza doprowadzić do wypaczenia opieki zdrowotnej, a w konsekwencji nierzadko tragedii. Zaremba opisał przykład Gustava B., który trafił do szpitala na operację złośliwego nowotworu, zniósł ją bardzo dobrze, a następnie... oszalał. Z historii choroby Gustava B. wynikało, że został nafaszerowany niewłaściwymi lekami, ale żaden ze szpitalnych psychiatrów nie chciał się nim zająć. Wdowa po schorowanym starcu usłyszała od ekspertów, którzy analizowali historię choroby B., że wygląda ona, jak gdyby na Szwedzie miało zostać dokonane coś w rodzaju eutanazji. „Gdyby Gustav zadzwonił i zamówił u nas wizytę, wszystko byłoby dobrze. Produkt 29A07, cena jednostkowa siedemset osiemdziesiąt siedem koron, w dodatku pierwsza wizyta daje dodatkowy bonus z gwarancji szybkiej opieki! Również gdyby oszalał w domu, jeszcze by uszło. Wizyta domowa to produkt 29A08. Ale na świeżo operowanego, który dwa korytarze dalej gryzie personel, nie mamy kodu produktu. A wtedy nie możemy fakturować. Gustav B. był więc nieopłacalny. Czysta strata” – tak dziennikarz wyobrażał sobie rozumowanie lekarzy. Żaden z jego rozmówców nie zaprzeczył. Sam Zaremba uważa zaś, że system jednorodnych grup pacjentów zwyczajnie korumpuje lekarzy, którzy muszą wybierać, czy leczyć pacjenta, czy nie przynieść straty pracodawcy.
Wprowadzenie JGP miało jeszcze jedną negatywną konsekwencję – lekarze, zamiast na leczeniu, skupili się na wypełnianiu papierów. W związku z tym przeciętny Szwed umawia się na 2,9 wizyty lekarskiej rocznie, podczas gdy Polak widzi się z lekarzem 6,9 razy. Szwedzcy lekarze udzielają rocznie tylu porad, ile polscy w cztery miesiące.

Rozbite rodziny

Stany Zjednoczone są nie tylko ojczyzną JGP, lecz także źródłem wielu innych eksperymentów socjalnych. W 1931 r. przez dokument nazywany David Bacon Act wprowadzono tam płacę minimalną. Rozwiązanie miało oczywiście poprawić los wyzyskiwanych pracowników, ale do dziś krytykują je filozofowie i ekonomiści. Ich zdaniem płaca minimalna doprowadziła do głębokiego bezrobocia wśród czarnych młodych mężczyzn.
– Czarnym rodzinom nic, łącznie z niewolnictwem, nie zaszkodziło tak bardzo jak państwo – uważa Walter Williams. Ekonomista z George Mason University wspomina w swojej autobiografii, że kiedy wychowywał się w dzielnicy mieszkań socjalnych, spośród wszystkich czarnych dzieci tylko on nie miał ojca. Dziś w podobnych kompleksach mieszkaniowych pełna rodzina jest z kolei czymś egzotycznym. Williams przywołuje liczby: do lat 40. z dwojgiem rodziców mieszkało 75–85 proc. czarnych dzieci, dziś z kolei 75 proc. żyje wychowywane przez jedno. „Czarna rodzina w latach 50., 60. i 70. została wydana na dewastujący cios z dwóch stron” – wtórował mu Anthony Bradley, również czarny etyk i teolog. „W czasie kiedy coraz więcej czarnych zamieszkiwało miasta, mężczyźni byli odsuwani od pracy, która mogła pozwolić na utrzymanie rodziny. W konsekwencji państwo zaczęło subsydiować coraz większą liczbę programów, które miały wspomóc kobietę wychowującą dzieci. Te programy, jak dziś wiemy, pogorszyły sprawy i zniszczyły potencjał czarnych rodzin. Wpadliśmy w pokoleniowe cykle zależności” – pisał.
Do największych krytyków polityki państwa wobec czarnych obywateli należy Thomas Sowell. W popularnej w internecie dyskusji z urzędniczką ze stanu Pensylwania tak tłumaczył, dlaczego to, co robi państwo opiekuńcze, to płacenie ludziom za niepowodzenia. „Tak długo, jak długo zawodzą, dostają pieniądze. Tak długo, jak długo im się udaje, nawet w niewielkim stopniu, pieniądze się im zabiera. Rozciąga się to nawet na system szkolnictwa, gdzie pieniądze są dawane szkołom ze słabymi wynikami, a jak tylko poziom edukacji się poprawia, pieniądze są zabierane. Jeśli subsydiujecie ludziom niepowodzenia w ich prywatnym życiu, stają się oni coraz bardziej zależni od państwowej zapomogi” – mówił i ironizował: „Jak tylko Center for Advanced Study zaczęło subsydiować moje oczekiwania kilka lat temu, odmówiłem pracy za profesorskie wynagrodzenie. Dlaczego nie miałbym, skoro dostałem taką samą pensję, ale bez godzin do wyrobienia, bez obowiązków i bez zajęć?”. Za tę wypowiedź dostał od publiczności sążniste brawa.
Dyskusja toczyła się dwadzieścia lat temu, ale hasła Sowella do dziś pozostają aktualne – te same tezy ekonomista powtarza w swoich podręcznikach. Sowell zresztą jest przeciwnikiem także innych programów, które systemowo mają pomóc czarnym. Choćby tych, które pozornie zrównują szanse edukacyjne białych i czarnych dzieci. Te drugie często umieszczane są w szkołach razem z białymi uczniami po to, by przeciwdziałać wykluczeniu. Badania pokazują jednak, że znacznie lepiej radzą sobie ci uczniowie, którzy pozostają w szkołach, gdzie większość to czarni.

Rybka i wędka

Przykłady nieumiejętnych rozwiązań w obszarze polityki społecznej można mnożyć właściwie w nieskończoność. W krajach Półwyspu Arabskiego obywatele mają za petrodolary zapewnioną edukację, służbę zdrowia i gigantyczne pensje. Arabia Saudyjska z każdych 110 dol. zarobionych na baryłce ropy 80 dol. przeznacza na potrzeby obywateli. Sęk w tym, że za dobrobyt jednych płacą drudzy – choćby przyjeżdżający tam z Azji robotnicy, którzy budują infrastrukturę, ale ponieważ nie są obywatelami, państwo socjalne ich nie dotyczy. W Dubaju powstają dla nich ośrodki, o których dziennikarze piszą, stosując metaforę obozów pracy. Inny przykład: Czesi i Słowacy chcieli, aby ich system emerytalny doceniał wkład włożony w wychowanie dzieci – w zależności od ich liczby kobiecie przysługiwało prawo do wcześniejszej emerytury. Rozwiązania nie przyniosły oczekiwanego rezultatu – małych Czechów i Słowaków wcale nie przychodzi więcej na świat, za to system emerytalny w tych krajach chwieje się w posadach. Czesi już wycofują się z nagradzania rodzicielstwa wcześniejszą emeryturą. Na premię za dziecko nie mogą liczyć kobiety urodzone po 1977 r.
Jeśli systemy pomocy społecznej zawodzą, czy należy z nich zrezygnować? Na pewno byłoby to trudne. Zwłaszcza że są i takie pomysły, które naprawdę pomagają równać szanse. Z naszego podwórka: Urząd Pracy w Siemianowicach Śląskich zmagał się z własną nieskutecznością. Jego naczelniczka wzięła sobie do serca popularne w Stanach hasło „think outside the box” i wymyśliła, że pracując z kobietami, należy im dofinansować poprawę wyglądu. Panie dostały blisko 2,5 tys. zł bezzwrotnej zapomogi, którą mogły wydać na fryzjera, kosmetyczkę, dentystę, porządne ubrania i opiekunkę do dziecka, która zajmie się nim, np. gdy kobieta ma rozmowę kwalifikacyjną. Efekt? Z 36 kobiet biorących udział w nowatorskim programie 25 już znalazło pracę, a kilka czeka na podpisanie umowy. Dzięki temu, że panie lepiej wyglądały, czuły się pewniej i same mogły poradzić sobie na rynku pracy – nie trzeba było dodatkowych zachęt.
„Mówi się, że nie należy dawać ryby, ale wędkę. Z głodu można umrzeć – wtedy potrzebna jest ryba. Ale głód może być też motorem napędowym do szukania nowych rozwiązań. Wtedy potrzebna jest wędka. Jeśli jednak ktoś nie ma mentalności wędkarza, to sprzeda wędkę i kupi rybę. Twierdzę więc: dawać trzeba nie rybę, nie wędkę, ale mentalność wędkarza. Inwestycja w sposób myślenia naprawdę procentuje” – napisał na swojej stronie ks. Jacek Stryczek, założyciel Stowarzyszenia Wiosna, duszpasterz ludzi biznesu. I może w kwestii dobrych chęci dobrze posłuchać kogoś, kto zna się i na piekle, i na ekonomii.
Dziś Wielka Brytania musi na nowo szukać definicji równości. W maju Elżbieta II przedstawiła Izbie Lordów rządowy projekt regulacji i zapowiedziała, że kraj „będzie promować bardziej sprawiedliwe społeczeństwo, które wynagradza za ciężką pracę”