ZUS tonie – napisaliśmy w ubiegłym tygodniu po lekturze najnowszej prognozy wypłacalności Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Okazuje się, że mimo zabiegu cięcia OFE na emerytury w latach 2013 – 2017 zabraknie 239 mld zł. Co gorsza, już za dwa, trzy lata zacznie ze wzmożonym skutkiem działać demograficzna gilotyna – z jednej strony będzie maleć liczba osób wpłacających składki, z drugiej na świadczenia zaczną odchodzić liczne roczniki powojennego wyżu demograficznego.
Wszystko to każe podjąć wreszcie poważną debatę, a w ślad za nią szybkie decyzje, które zapobiegną życiu w iluzji, że wszystko jest pod kontrolą. Jeśli tego nie zrobimy, pewny jest morderczy dla naszego rynku pracy scenariusz podnoszenia podatków i składek oraz wypłaty świadczeń na poziomie niższym, niż nam się teraz obiecuje.
Za fatalną kondycję systemu emerytalnego po pierwsze odpowiadają rządzący – ich krótkowzroczność i chęć przypodobania się obywatelom. Od 30 lat rozdają emerytalne łapówki. Najpierw w latach 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, do wcześniejszej emerytury prawo zyskała nawet kasjerka PKP. W kolejnej dekadzie, aby oswoić skutki transformacji, wysyłano masowo na emerytury czy świadczenia przedemerytalne młode i zdrowe osoby. Wreszcie w latach 2005 – 2007 rządy lewicy i PiS wydłużyły (szły wybory!) przywileje emerytalne. Wyłączono też z nowego systemu górników. W 2008 r. rząd PO wygasił sporą część przywilejów, ale to był jedyny akt odwagi, na jaki się zdobył. Później już tylko kuglował – ciął OFE, dał ZUS możliwość zaciągania długu w budżecie państwa, regularnie wyprowadza pieniądze z Funduszu Rezerwy Demograficznej. Poważnej debaty na temat dłuższej pracy czy likwidacji wszelkich przywilejów nie słychać.