Politycy w ciągu ostatnich tygodni mówili o szkołach, przedszkolach, czyli o tym, co dotyczy bezpośrednio życia wyborców. Ważne, by robili to nadal, gdy zdobędą sejmowe mandaty.
Rodzina, zapaść demograficzna, bezrobocie młodych, śmieciowe umowy o pracę, los sześciolatków czy rodziców zmuszonych do większych opłat za przedszkola – na scenę tegorocznej kampanii wyborczej przebojem wdarły się tematy ważne, wręcz strategiczne. Wbrew temu, co mówi i pisze wielu publicystów, nie było więc tak źle. Mimo wątków niemieckich na koniec kadencji nie kłóciliśmy się o wujka z Wehrmachtu, o znikające z lodówki produkty, nie słyszeliśmy obietnic 2 mln mieszkań, radykalnej obniżki podatków. Nie to zawładnęło głowami wyborców. Tyle że od dwóch głównych graczy politycznych nie usłyszeliśmy strategicznej wizji zmian. Nie powiedzieli, w jakim kierunku ich zdaniem podążać ma państwo, jakie odważne reformy chcą przeprowadzić – czy ma być na przykład więcej wolności, czy więcej kolektywizmu.
W programie PO jest zarówno mowa o leciutkim urynkowieniu służby zdrowia, jak i o równości płac dla płci. Program PiS mówi o pilnowaniu dyscypliny finansów publicznych i o dodatkach drożyźnianych dla emerytów. To godzenie wody i ognia. Tak było też z polityką społeczną, czyli tą dziedziną, która dotyka każdego z nas, ale także decyduje o naszym losie. Zyskała wprawdzie na wadze, ale wciąż nie wiemy, co stanie się w kluczowych kwestiach. Wiek emerytalny, reforma KRUS, mundurówki, sposób wypłacania pomocy, finansowanie przedszkoli, prawdziwa polityka rodzinna – to wciąż tematy albo skrzętnie przez polityków omijane, albo sprowadzane do enigmatycznych zapowiedzi zmian lub obietnic rozdawnictwa pieniędzy.