Pogardliwym mianem nic niewartych umów o pracę nazywa się także te na czas określony, które gwarantują zatrudnionym wszelkie przywileje – urlop czy zwolnienie lekarskie.

Obok wysokich opłat za przedszkole to właśnie śmieciowe umowy o pracę stały się jednym z motywów przewodnich tegorocznej kampanii wyborczej. I jak to bywa w przedwyborczej gorączce, politycy nie wiedzą nawet, z czym dokładnie walczą.

Pojęcie śmieciowych umów zrobiło zawrotną medialną karierę po ogłoszeniu rządowego raportu „Młodzi 2011”. Wynika z niego, że w Polsce funkcjonuje dualny rynek pracy. Są pracownicy uprzywilejowani, zatrudnieni na stałe (czyli na podstawie umów o pracę na czas nieokreślony) oraz cała reszta zatrudnionych, którzy pracują na podstawie terminowych kontraktów. W praktyce na potrzeby kampanijnej retoryki za śmieciowe umowy uznano i kontrakty cywilnoprawne (np. zlecenia), i o pracę na czas określony, bo oba typy umów nie gwarantują stabilności zatrudnienia, uniemożliwiają starania o kredyt i przyczyniają się do tego, że młodzi odkładają decyzję o założeniu rodziny.