Obywatelski projekt, który trafił w poniedziałek do Sejmu, zakłada też objęcie przedszkoli subwencją oświatową. Pod projektem podpisało się ponad 330 tys. osób.

Kłosowski podkreślił na poniedziałkowej konferencji prasowej, że klub PiS od samego początku wspierał akcję Ratujmy Maluchy! i jej inicjatorów - małżeństwo Karolinę i Tomasza Elbanowskich, którzy protestowali przeciwko obniżeniu wieku szkolnego. Zapowiedział jednocześnie, że teraz PiS ma zamiar wspierać projekt obywatelski.

"Ten projekt będzie zdecydowanie, z całą stanowczością wspierany przez klub parlamentarny PiS. Identyfikujemy się z tym projektem i zrobimy wszystko, aby ten projekt nie utknął gdzieś w dokumentach marszałka Sejmu" - zaznaczył Kłosowski. Zapowiedział też, że jego klub złoży w Sejmie wniosek o wysłuchanie publiczne w sprawie projektu obywatelskiego.

Poseł PiS przypomniał też, że w październiku 2010 roku posłowie jego partii złożyli w Sejmie własny projekt w sprawie sześciolatków. Chodziło o to, by reformę, która obniża wiek szkolny, przesunąć w czasie tak, by zaczęła obowiązywać dopiero w 2020 roku.

"Wszyscy raczej stawiają na to, że stracą sześciolatki, ze względu na tą mniejszą niż siedmiolatki zdolność percepcyjną i rozwój psychospołeczny"

W opinii Kłosowskiego reforma ta jest niedopracowana. "50 proc. polskich szkół nie jest przygotowanych na to, by przyjąć 1 września 2012 roku sześciolatki. 50 proc. polskich szkół nie ma ciepłej wody, w 50 proc. polskich szkół nastąpi zdecydowane pogorszenie warunków nauczania, wychowania i opieki w przypadku tych dzieci sześcioletnich, w porównaniu do tego, co oferują im w chwili obecnej przedszkola" - mówił poseł PiS.

Ponadto, według niego, rok szkolny 2012/2013 ze względu na to, że w tym samym czasie do pierwszej klasy trafią obecne sześcio- i siedmiolatki, będzie rokiem, gdzie powszechny stanie się system "dwuzmianowy". To - zdaniem wiceszefa komisji edukacji - zdezorganizuje życie rodzicom. "Niejednokrotnie bywa tak, że oboje rodziców pracują tylko na jednej zmianie, w związku z tym będą musieli sobie jakoś radzić, żeby posłać dziecko do szkoły lub odebrać je stamtąd w godzinach wieczornych. Utrudnienia dla rodziców będą tu więc ogromne" - ocenił Kłosowski.

Jak dodał, "przeładowanie" w pierwszych klasach szkół podstawowych doprowadzi do tego, że któryś z roczników na tym straci. "Wszyscy raczej stawiają na to, że stracą sześciolatki, ze względu na tą mniejszą niż siedmiolatki zdolność percepcyjną i rozwój psychospołeczny" - zaznaczył polityk PiS.

Projekt obywatelski popiera też PJN. Jak powiedziała PAP jedna z liderek tego ugrupowania Elżbieta Jakubiak, posłowie jej klubu podpisali się pod dokumentem - jako obywatele - i będą wspierać go w Sejmie. W jej ocenie, reforma wysyłająca sześciolatki do szkoły nie bierze pod uwagę "interesu dziecka". Dodała, że - jak wynika z raportu NIK - szkoły nie są przygotowane do przyjęcia sześciolatków.

Przeciwne zmianom, które zaproponowano w projekcie, są PO i PSL

Przeciwne zmianom, które zaproponowano w projekcie, są PO i PSL. "Jesteśmy już na tyle dojrzałym społeczeństwem, że sześciolatki mogą rozpocząć edukację. Dzisiaj trzeba zaczynać zdobywanie wiedzy szybko - po to, aby móc na rynku europejskim i światowym dobrze się poruszać, żeby nie zostać w tyle" - podkreślił w rozmowie z PAP szef klubu PO Tomasz Tomczykiewicz.

Jego zdaniem, sześcioletnie dzieci są "wystarczająco dojrzałe, aby rozpocząć edukację w szkole".

Szef klubu Platformy ocenił też, że samorządy, które są nieprzygotowane do przyjęcia sześciolatków, "po prostu nie dbają o wychowanie własnych dzieci" i "powinny się wstydzić", że mimo okresu przejściowego nie zdołały się przygotować.

Tomczykiewicz zapewnił, że PO nie lekceważy głosu rodziców. W jego opinii jednak, pod projektem nie podpisali się tylko rodzice sześciolatków, ale też inne osoby, które "może niedokładnie wiedzą, na czym to wszystko polega".

Przeciwko obywatelskiemu projektowi zagłosuje też PSL. Jak powiedział PAP szef klubu ludowców Stanisław Żelichowski, projekt rządowy wprowadzający reformę był poparty poważnymi ekspertyzami, które stwierdzały, że dzieci w Europie i Polsce szybciej dorastają i trzeba jest wcześniej kształcić. "Jeśli teraz ktoś chce to odwrócić, to jest działanie wyborcze. Potraktujemy to jako działanie wyborcze" - podkreślił.