Większość gmin zakończyła rekrutację do przedszkoli. Po podziale miejsc w najbliższych dniach rodzice dowiedzą się, czy ich dzieci będą mogły uczęszczać do publicznych placówek. O miejsca w nich nie muszą się martwić rodzice sześciolatków i pięciolatków, które od 1 września obowiązkowo muszą rozpocząć edukację przedszkolną. Te dzieci zamiast do przedszkoli mogą jednak trafić do szkół, gdzie otwierane są oddziały zerowe.

Dodatkowo w 2011 roku kończy się wiele projektów UE, na podstawie których samorządy tworzyły punkty przedszkolne na wsi. Teraz po zakończeniu unijnego finansowania gminy z powodu braku pieniędzy wygaszają te placówki.

Mało miejsc, dużo dzieci

Dla samorządów to trudny rok, bo wiąże się z wdrażaniem reformy edukacyjnej i obniżeniem dla dzieci obowiązku szkolnego. W tym roku rodzice będą mogli jeszcze zdecydować, czy sześciolatki trafią do szkoły, czy pozostaną w przedszkolu. Większość z nich nie spieszy się z tą decyzją. Póki co deklarują, że dzieci trafią do przedszkola.

– Nawet do połowy października rodzice mogą podjąć decyzję o przeniesieniu sześciolatka z przedszkola do szkoły – mówi Grzegorz Żurawski, rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej (MEN).

Brak jednoznacznej deklaracji u rodziców sześciolatków sprawia, że zajmują one miejsca w przedszkolu młodszym dzieciom. To duży kłopot dla gmin, bo w tym roku po raz pierwszy rodzice pięciolatków muszą je posłać do takiej placówki.

– Na 50 miejsc w przedszkolu mamy już ponad 70 zgłoszeń – mówi Danuta Salacha, dyrektor Przedszkola nr 15 w Koszalinie.

Podkreśla, że w pierwszej kolejności trzeba zagwarantować miejsca najstarszym przedszkolakom. Taka sytuacja jest w większości gmin.

Aby wywiązać się z ustawowych wymogów wobec pięcio- i sześciolatków, samorządy ratują się tworzeniem oddziałów zerowych przy szkołach podstawowych.

– Dzięki temu zwalniają się miejsca w przedszkolach dla najmłodszych – mówi Leszek Pożyczka, dyrektor Wydziału Edukacji Urzędu Miejskiego w Radomiu.

Kolejnym problemem gminy jest rozmieszczenie przedszkoli na jej terenie. Z ustalonych przez samorzady przydziałów do przedszkoli nie zawsze są zadowoleni rodzice. Zarzucają im, że ich dzieci nie trafiają do placówek przez nich wskazanych.

Zamykają unijne oddziały

Do tej pory gminy mogły przy tworzeniu sieci przedszkoli wspierać się unijnymi pieniędzmi na otwieranie dodatkowych oddziałów. Niestety te środki już się wyczerpują i od 1 września samorządy same muszą finansować dodatkowe miejsca dla przedszkolaków.

– Na trzy przedszkola mieliśmy trzy dodatkowo utworzone oddziały z pieniędzy unijnych, ale od 1 września będą one zamknięte, mimo że jest bardzo dużo chętnych – mówi Zenon Szewczyk, członek komisji rewizyjnej w Radzie Gminy Spytkowice.

Podobnie jest w innych miejscowościach.

– Mamy dwa przedszkola uruchomione za unijne pieniądze, ale program w tym roku się kończy. Gminę stać na finansowanie z własnych środków tylko jednego z nich – mówi Wiesława Arwaj, dyrektor Szkoły Podstawowej w Pilczycy (woj. świętokrzyskie).

Dodaje, że na miejsca w przedszkolu nie mają co liczyć najmłodsze dzieci. Podobnie może być w innych województwach. Wszystko dlatego, że przedszkola, które powstały za pieniądze z UE, nie mają zagwarantowanego dalszego finansowania. To m.in. efekt tego, że urzędy marszałkowskie przyznawały dotacje, ale nie wymagały od gmin deklaracji, że po zakończeniu projektu będą dalej utrzymywać placówkę z własnych środków.