Pielęgniarki i położne walczą nie tylko o cywilizowane warunki zatrudnienia. Toczą bój przede wszystkim o kształt i przyszłość swojego związku. Większa liczba pracowników kontraktowych to mniejszy wpływ na to, co się dzieje w ich środowisku. A to niebagatelna siła – prawie 300 tys. pielęgniarek i położnych. O poparciu takiego elektoratu marzy każdy rząd. Również Donalda Tuska.
Pielęgniarki i położne nie po raz pierwszy ściągnęły na siebie uwagę wszystkich mediów. Udało im się to m.in. w czerwcu 2007 roku, kiedy stworzyły symboliczne białe miasteczko pod kancelarią premiera, gdy jej szefem był Jarosław Kaczyński. Wtedy Ewa Kopacz, ówczesna szefowa sejmowej komisji zdrowia, wspierała je, przynosiła termosy z ciepłą herbatą. Jednym słowem – mogły liczyć na jej pełne zrozumienie i poparcie w żądaniach podwyżki płac.
Rząd się zmienił, zmienił się również punkt widzenia polityków. Obecna minister zdrowia i protestujące siostry mimo kilkudniowych rozmów w sprawie wprowadzenia zakazu pracy na kontraktach w szpitalach nie znalazły płaszczyzny porozumienia. Minister opuściła Sejm, pielęgniarki i położne zostały. Ich ostatnia deska ratunku to senatorowie. Liczą na to, że dzięki ich poprawkom uda się im taki zakaz wprowadzić do ustawy o działalności leczniczej (Sejm uchwalił ją tydzień temu). Pytanie tylko, czy faktycznie ograniczenie formy zatrudnienia tylko do tej na etacie poprawi zarówno sytuację często przemęczonych pielęgniarek i położnych, jak też pacjentów. Protestujące siostry jak mantrę powtarzają, że przechodzenie na kontrakty jest często wymuszane przez dyrektorów szpitali. Dzięki temu zyskują pracownika, który może pracować powyżej 40 godzin tygodniowo bez ochrony wynikającej z kodeksu pracy. Jest jednak druga strona medalu. I o tym mówią te pielęgniarki, które na umowach cywilnoprawnych pracują. Dzięki takiej formie zatrudnienia więcej zarabiają, a przemęczone nie są bardziej niż ich koleżanki na etatach.