Zmieniamy poglądy, gdy występujemy w roli sprzedawcy towaru, jakim jest nasza praca. Wtedy etat jawi się jako najbardziej pożądana forma zatrudnienia, daje największe poczucie bezpieczeństwa. Związek zawodowy pielęgniarek i położnych pozwolił nawet swoim członkiniom na głodówkę w Sejmie, bo w ustawie o działalności leczniczej nie znalazł się zapis zabraniający dyrekcjom szpitala zatrudniania pielęgniarek inaczej niż na etacie. Jako pracobiorcy, zwłaszcza zorganizowani, próbujemy z rynkiem walczyć. Udaje się, gdy pracodawcą jest państwo. Wtedy szansę powodzenia mają najbardziej absurdalne postulaty. Nawet takie, że związki godzą się na prywatyzację (bo wtedy załoga dostaje za darmo aż 15 proc. akcji prywatyzowanego przedsiębiorstwa), jednocześnie nie pozwalając, by to państwo sprzedało pakiet kontrolny. Czyli – niby firma jest prywatna, ale nadal adresatem żądań związków pozostaje państwo, politycy. Z nimi zawsze udaje się wywalczyć więcej niż z właścicielem prywatnym. Zwłaszcza przed wyborami.
Taka gospodarcza schizofrenia ma jednak swoją cenę. Nie jesteśmy jej świadomi, gdy państwowa pozostaje cała branża, jak w przypadku kopalni. Choć wydaje nam się dziwne, że niektórym elektrowniom opłaci się importować węgiel. W cenie naszego są koszty, o których nawet nie mamy zielonego pojęcia. I jeszcze długo mieć nie będziemy, bo w górnictwie konkurencji nie ma. Silne związki nie pozwolą, żeby się pojawiła.