W przypadku banków sprawdziło się powiedzenie Lejzorka Rojtszwanca, że kiedy zwalniają, to znaczy, że będą przyjmować, pisze "Puls Biznesu". Po ostrych cięciach w 2009 r. banki znowu przyjmują do pracy. W 2010 r. przybyło kilka tysięcy etatów.

Wprawdzie liczba zatrudnionych w bankowości wciąż jest niższa niż w szczycie bankowej koniunktury w 2008 r. (przekraczała wówczas 181 tys. osób), to jednak powoli zbliżamy się do poziomu sprzed kryzysu. Obecnie w branży pracuje 178 tys. osób - o 3 tys. więcej niż w końcu 2009 r. To efekt rosnącej sprzedaży kredytów hipotecznych, konsumenckich, a także - spodziewanej - kredytów korporacyjnych.

Ocieplenie na rynku pracy rozmroziło bankowe budżety wydatków osobistych. Po raz pierwszy od kryzysu koszty wyraźnie poszły w górę. BRE Bank wydał na pracowników w 2010 r. niemal 100 mln zł więcej niż rok wcześniej (744 mln zł). Koszty osobowe ING BSK wzrosły o 15 proc., Millennium o 11,7 proc., a Pekao o 5,1 proc.

W 2009 r. pracownicy banków dostawali okrojone premie lub wręcz gołe pensje. Sytuacja zaczyna się zmieniać: pracodawcy wracają do wypłat bonusów, informuje "PB".

Reklama