"Kryzys pokazał, że neoliberalny kapitalizm się nie sprawdził. Wiele osób straciło miejsca pracy. Zlikwidowano całe branże, nie zawahano się uśmiercić przemysłu stoczniowego. Dziś jak nigdy wcześniej, potrzebna jest społeczna gospodarka rynkowa, neoliberalny kapitalizm kasynowy musi być wysłany na śmietnik historii" - mówił Guz, który został przewodniczącym na kolejną kadencję. Był jedynym kandydatem.

Za priorytet OPZZ uznał walkę o podniesienie płac. Postulował też większy udział pracowników w prywatyzacji, domagał się też dobrowolności uczestnictwa w otwartych funduszach emerytalnych.

"Będziemy się domagać opracowania nowej polityki społecznej opartej na standardach europejskich, ochrony przed ubóstwem i wykluczeniem; dostępności mieszkań dla młodego pokolenia. Żądamy powszechnego dostępu do ochrony zdrowia, miejsc w żłobkach i przedszkolach" - przemawiał Guz do blisko 300 delegatów.

"Nasz kraj czeka kolejne wyzwanie - objęcie prezydencji w UE. To także wyzwanie dla OPZZ. Nie chcemy, by nasi rodzimi liberałowie zmienili hasło "Europa socjalna" na "Europa liberalna" - zadeklarował.

"Nie możemy być bierni wobec wyborów prezydenckich. Doskonale wiemy, jak wiele zależy od prezydenta, od tego, jak prezentuje sprawy pracownicze" - powiedział Guz.

Przeciw "kapitalizmowi na koszt podatników"

Przeciw "kapitalizmowi na koszt podatników", za regulacją rynków finansowych, gdzie "zysk nie będzie oznaczał hazardu", opowiedział się John Monks z Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych.

Napieralski zapewnił, że jego partia będzie popierać związkowców, których potrzebuje, jeśli ma być lewicą. "Sojusz Lewicy Demokratycznej bez związków zawodowych to słaby Sojusz Lewicy Demokratycznej, to nie jest lewicowa partia. Lewicowa partia, która nie broni ludzi pracy, to żadna partia, tylko grupa przyjaciół, która chce mieć dobre posady" - powiedział Napieralski.

"Chcę obiecać: kiedy zapukacie do drzwi naszego klubu, aby posłowie Lewicy złożyli projekt, to my to zrobimy. Będziemy walczyć o projekt ustawy o płacy minimalnej" - zadeklarował. Przyznał, że poniósł porażkę, gdy większość klubu SLD opowiedziała się za zniesieniem emerytur pomostowych.

Przekonywał, że między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim nie ma istotnych różnic, "dzisiejszy spór jest fałszywy", a "realny spór powinien być między prawicą a lewicą". Zapewnił, że będzie walczył o Polskę solidarną, a "rządy lewicy to gwarancja dla ludzi pracy, że decyzje podejmowane w parlamencie będą sprawiedliwe, a nie będą kształtowane przez wąską grupę ludzi, którzy mają wpływ na politykę przez zasobność portfela".