Trójstronne umowy

Resort zdrowia proponuje więc wprowadzenie obowiązku podpisywania jednej umowy (a nie tak jak obecnie dwóch), której stronami byłyby firma–szpital–lekarz.

– Warunki finansowe powinny być znane wszystkim stronom – mówi Marek Twardowski.

Część ekspertów ma wątpliwości, czy doprowadzi to do przejrzystości finansowania badań.

– Taka umowa musiałaby dokładnie, na podstawie protokołu badań, wskazywać wszystkie procedury, które mają być finansowane w ramach badania klinicznego oraz te, które pokrywa NFZ – mówi Katarzyna Bondaryk z kancelarii prawnej Hogan & Hartson Jamka.

Obecnie to kierownik ośrodka badawczego, najczęściej szpitala, który udostępnia swoje pomieszczenia, decyduje o wysokości wynagrodzenia dla placówki.

– Nie można porównywać wynagrodzenia placówki z płacą badacza. Trzeba zastanowić się, co daje ośrodek w ramach zawartej umowy – dodaje Katarzyna Bondaryk.

Wojciech Maselbas, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce, uważa natomiast, że wprowadzenie umów trójstronnych poprawi przejrzystość rozliczeń badań. Jednak, jego zdaniem, resort zdrowia niepotrzebnie chce wpływać na podział wynagrodzenia między badacza a ośrodek.

– Tak jakby ważniejsze było to, ile procent całkowitego wynagrodzenia otrzyma ośrodek, niż to, czy będzie to suma przynosząca mu realny zysk – uważa Wojciech Maselbas.

Tylko kilka badań

Resort zdrowia oprócz wprowadzenia jaśniejszych zasad finansowania i wynagradzania uczestników badań chce też zwiększyć bezpieczeństwo pacjentów. Dlatego proponuje ograniczenie liczby badań, jakie w tym samym czasie może prowadzić jeden badacz.

– Nie do rzadkości należą sytuacje, w których nadzoruje on jednocześnie kilkanaście badań. Rekordzista prowadził ich aż 64 równocześnie – mówi Marek Twardowski.

Po zmianach ich liczba zostanie ograniczona do sześciu. Dodatkowo lekarz mógłby je prowadzić tylko w jednym ośrodku – np. tam, gdzie pracuje.

– Chodzi o to, aby faktycznie badacz nadzorował wyniki badań, a nie zbierał je z różnych ośrodków z całej Polski, często nie widząc nawet pacjenta – tłumaczy wiceminister zdrowia.