Jeśli pytanie dotyczy rodziny, warto zacząć od noblisty Gary’ego Beckera, który już w latach 60. XX w. zauważył, że czas i pieniądze rodziców są zawsze ograniczone – a to oznacza, że większa liczba potomków oznacza mniejszą inwestycję w jakość wykształcenia każdego z nich. Tezę potwierdzają dane historyczne. Zazwyczaj do szkół posyłano najstarszego syna, bo rzadko stać było rodziny na wyedukowanie całego rodzeństwa.

Łatwo uwierzyć, że braci oraz siostry łączą szczególne więzi i że dzięki rodzeństwu stajemy się bardziej empatyczni oraz uczymy się od siebie nawzajem. Ale znacznie trudniej jest empirycznie dostrzec przyczynowo-skutkowy wpływ rodzeństwa na siebie – dzieci dorastają najczęściej w tym samym otoczeniu, dziedziczą podobne geny i wspólnie doświadczają większości wydarzeń. Trudno jest zatem „wyłuskać” wpływ samego rodzeństwa. Tego wyzwania podjęło się ośmiu naukowców (m.in. ekonomiści, pediatrzy, specjaliści od rynku pracy oraz badań politycznych), którzy wykorzystali dane dotyczące rodzin składających się z co najmniej trójki dzieci (z Florydy i z Danii), w których trzecie dziecko było niepełnosprawne.

Takie podejście pozwoliło na zbadanie wpływu rodzeństwa na siebie (m.in. dlatego, że niepełnosprawne dziecko inaczej będzie oddziaływać na najstarsze, a inaczej na średnie rodzeństwo, oraz wymaga większego poświęcenia czasu rodziców w porównaniu ze zdrowymi dziećmi) oraz jest istotne z punktu widzenia ekonomiczno-społecznego (m.in. w USA w 2012 r. ponad 6,4 mln dzieci w wieku 3–21 lat, a więc prawie 13 proc., miało orzeczenie o niepełnosprawności).

Oczywiście niepełnosprawność trzeciego dziecka angażuje czas i środki rodziców, zmniejszając szanse rozwojowe pozostałych dzieci – w porównaniu do rodzin, gdzie żadne spośród trójki rodzeństwa nie wymaga szczególnej opieki. Ale ciekawsze jest coś innego: w rodzinach z dzieckiem z niepełnosprawnością średnie dziecko miało znacznie słabsze wyniki egzaminów szkolnych niż najstarsze – w porównaniu do rodzin, gdzie trzecie dziecko było zdrowe. Ten negatywny efekt nie występował w rodzinach, gdzie różnica wieku między starszymi dziećmi a niepełnosprawnym była na tyle duża, że rodzeństwo chodziło już do szkoły.

A co z rodzinami, w których wszystkie dzieci są zdrowe? Joseph Rodgers, Harrington Cleveland, Edwin van den Oord i David Row pokazują, że kolejne dzieci nie są głupsze niż pierworodni – mają przeciętnie takie samo IQ jak starsze rodzeństwo. Ci autorzy jako pierwsi porównywali IQ w ramach rodzeństwa, po wyizolowaniu tego, że rodziny różniące się liczbą dzieci różnią się także innymi cechami. We wcześniejszych badaniach te inne cechy zaburzały wnioskowanie o inteligencji wśród rodzeństwa.

Mimo braku wpływu na IQ dzieci kolejność urodzenia rzutuje na zdobytą edukację oraz na wysokość zarobków. Kilka badań opartych na prostych korelacjach wskazuje, że drugie i kolejne dziecko mają gorzej rozwinięte umiejętności poznawcze (m.in. czytanie, zdolności matematyczne, zasób słownictwa) i pozapoznawcze (m.in. wytrwałość, motywacja, zdolność do współdziałania) niż ich starsze rodzeństwo. Być może rodzice bardziej „przeżywają” pierwsze dziecko? Wygląda na to, że tak może być. Na przykład przy drugiej i kolejnych ciążach przyszłe mamy częściej niż przy pierwszej pomijają wizyty kontrolne, nie mają tak rygorystycznego nastawienia do abstynencji, statystycznie krócej karmią piersią i szybciej wracają do pracy.

Ale trudno udowodnić związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy kolejnością urodzin a (nieobserwowanymi przecież) motywacjami i zachowaniami rodziców. Wykorzystując informacje o kolejności urodzeń dzieci, Sanni Breining, Joseph Doyle, David Figlio, Krzysztof Karbownik i Jeffrey Roth pokazali, że wśród chłopców młodszy z rodzeństwa ma od 20 proc. do 40 proc. większe szanse na problemy dyscyplinarne w szkole, a nawet z wymiarem sprawiedliwości, w porównaniu ze starszym bratem. Inna sprawa, że różnice w traktowaniu najstarszego i kolejnych dzieci widać nawet w okresie wchodzenia w dorosłość: Monique De Haan pokazała, że pierworodni dostają większe wsparcie finansowe na studia niż kolejne dzieci (nawet wśród bliźniąt).

Naturalnie społeczeństwo pełne tylko jedynaków byłoby nie do zniesienia… fiskalnie. Ale zachęcając do zwiększania liczby dzieci w każdej rodzinie, warto mieć w pamięci, że poza miłością braterską i siostrzaną generujemy także koszty: społeczne i indywidualne.