Eksperci są zgodni – rozszerzenie kręgu osób uprawnionych do zwolnienia z należności do ZUS to ruch w dobrą stronę, ale w dalszym ciągu niewystarczający. Przedsiębiorcy wciąż będą mieli długi w ZUS. Tyle że mniejsze
ikona lupy />
DGP
Obecnie obowiązujące przepisy dają niektórym przedsiębiorcom prawo do ubiegania się o zwolnienie ze składek za trzy miesiące (od 1 marca do 31 maja 2020 r.). Są to osoby, które prowadziły pozarolniczą działalność przed 1 lutego 2020 r., opłacają składki na własne ubezpieczenie i mieszczą się w limicie przychodów (15 681 zł) oraz płatnicy składek zgłaszający do ubezpieczeń społecznych mniej niż 10 ubezpieczonych, w tym także osoby zatrudnione w firmie.
Eksperci zwracali jednak uwagę, że taka konstrukcja przepisów zaburza konkurencję. Różnica między płatnikami, którzy zatrudniają osiem osób, a tymi, którzy mają 11 pracowników, często jest bowiem żadna.
Dlatego rząd przygotował zmianę w przepisach o tarczy antykryzysowej, w której przewidywał, że ze wsparcia będą mogły skorzystać także podmioty z załogą liczącą do 49 osób. Zwolnienie w takich firmach objęłoby jednak tylko dziewięciu ubezpieczonych. Rozwiązanie to także spotkało się z krytyką i ostatecznie rząd przyjął we wtorek inną koncepcję.

Zwolnienie tylko w połowie

Pozostawił przepis, który uprawnia do całkowitego zwolnienia ze składek płatników zgłaszających do ubezpieczeń społecznych mniej niż 10 ubezpieczonych, a jednocześnie rozszerzył krąg uprawnionych do pomocy o płatników, których załoga liczy od 10 do 49 ubezpieczonych. Te podmioty będą jednak mogły skorzystać z 50-proc. zwolnienia.
– Idealnym rozwiązaniem byłoby zwolnienie tych firm z całości składek, ale zapewne wszystko rozbija się o pieniądze. Obecna propozycja na pewno jest jednak lepszym rozwiązaniem od tego pierwotnie zaproponowanego w nowelizacji, gdzie trzeba byłoby wybierać, które osoby zwolnić ze składek − mówi Arkadiusz Pączka z Pracodawców RP.
Dodaje, że czas pokaże, czy za jakiś czas nie będziemy musieli poszerzać tego rozwiązania o następne podmioty lub też zwiększać zakresu zwolnienia.
Zdaniem dr. Marcina Wojewódki, radcy prawnego i wspólnika zarządzającego w Kancelarii Wojewódka i Wspólnicy, 50-proc. zwolnienia z ZUS to tylko połowiczne rozwiązanie problemu.
− To niewątpliwie ruch w dobrą stronę, ale to w dalszym ciągu za mało. Przedsiębiorca i tak popadnie w długi wobec ZUS, tyle że mniejsze. Jeżeli ktoś prowadzący restaurację, hotel czy salon samochodowy stracił wszystkich klientów, a zatrudnia 48 osób, to przecież nie ma środków na zapłacenie nawet połowy należnych składek – wskazuje.

Przedsiębiorcy na schodach

Doktor Tomasz Lasocki z Wydziału Prawa i Administracji UW zwraca uwagę, że ulga w opłacaniu składek cały czas jest modyfikowana. Jego zdaniem pokazuje to, że nie ma spójnej koncepcji łagodzenia skutków kryzysu.
– Zwolnienie w nowym kształcie przypomina nieco schody. Pierwsza grupa, która skorzysta z tego rozwiązania, to osoby zgłaszające do ubezpieczeń społecznych do dziewięciu ubezpieczonych. W ich przypadku ulga wyniesie 100 proc. składek. Druga grupa to firmy zatrudniające od 10 do 49 osób, które oszczędzą 50 proc. Jest jeszcze trzecia grupa, która ze zwolnienia nie skorzysta w ogóle, oraz samozatrudnieni, którzy albo skorzystają ze 100 proc., albo wcale – wskazuje.
Podkreśla, że między wszystkimi grupami brakuje łagodnego przejścia. Jedni bowiem otrzymają pełne wsparcie, inni dostaną częściową pomoc, a niektórzy nie mogą liczyć na nic.
– Chodzi o to, by podział pomocy był sprawiedliwy. Wtedy dopiero można mówić o poszanowaniu zasad konkurencji między przedsiębiorcami − wyjaśnia dr Lasocki.
Choć przyznaje, że ten sposób liczenia i tak jest lepszy niż zaproponowany w pierwotnej wersji nowelizacji tarczy antykryzysowej.
Eksperci pozytywnie oceniają rozwiązanie zaproponowane w nowelizowanych przepisach, zakładające, że przy obliczaniu liczby zgłoszonych ubezpieczonych nie uwzględnia się pracowników młodocianych, zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego.
– To nisko płatne stanowiska, które przy założeniu, że mamy w firmie zróżnicowane pensje, będą zaniżać kwotę zwolnienia, ale przynajmniej nie wypchną oni firmy poza możliwość skorzystania z ulgi – wyjaśnia dr Lasocki.

Co proponują eksperci

Marcin Wojewódka nie owija w bawełnę.
– Czas na odważne zwolnienie ze składek do końca 2020 r. I to wszystkich przedsiębiorców, bez względu na ich wielkość mierzoną liczbą zatrudnionych – przekonuje.
Nieco bardziej powściągliwy jest dr Tomasz Lasocki, który sugeruje inne rozwiązanie.
– Alternatywą godzącą godzącym w olbrzymie potrzeby płatników i ograniczone możliwości finansowe państwa byłoby zwolnienie z części należności oraz odroczenie płatności pozostałej części z mocy ustawy np. na za rok po ustąpieniu faktycznego stanu klęski żywiołowej i rozłożenie ich na raty jak najszerszej grupie płatników – sugeruje.
Podkreśla, że w ciągu takiego okresu można byłoby ustalić i stosować precyzyjnie różne kryteria umorzenia odroczonych należności w koniecznych przypadkach.
– Obawiam się jednak, że rząd nie cieszy się dostatecznym zaufaniem ze strony pracodawców, aby taka propozycja została zaakceptowana – konstatuje dr Lasocki.
Jego zdaniem skoro projektodawcy cały czas trzymają się kryterium liczby ubezpieczonych, dobrze byłoby jednak pomyśleć o wygładzaniu schodów, aby przeskoki między różnymi grupami nie były tak drastyczne.
− Jeżeli nie stać nas na zwolnienie ze składek wszystkich, to odsetek należności z ich tytułu powinien być stopniowo redukowany wraz ze wzrostem liczby zgłoszonych ubezpieczonych. Sugerowałbym też zwolnienie dla wszystkich samozatrudnionych lub zastosowanie wobec nich degresywnej ulgi w składkach – mówi.
Etap legislacyjny
Prace w Sejmie