W Wielkiej Brytanii prawie 600 osób dziennie rezygnuje z pracy, by opiekować się bliskimi. W Polsce niedługo będzie podobny problem. A nawet większy, bo często mieszkamy w innych miastach niż nasi rodzice
Reklama
Z Dagny Kurdwanowską rozmawia Magdalena Rigamonti
To porozmawiajmy technicznie. Najpierw babcia.
Babcia, 91 lat, pogłębiająca się demencja. Poza tym ogólnie jest w dobrym stanie. Bierze najmniej tabletek ze wszystkich.
Od pani też mniej?

Reklama
Jak policzymy moje witaminy i leki antydepresyjne, to mniej.
To mama pani mamy.
Mama ma 69 lat. Od ponad czterech lat walczy z nowotworem.
Wygrywa?
Tak. Ale potrzebuje wsparcia lekarzy, hospicjum i mojego.
Tata?
Też ma 69 lat. Od dwóch lat zdiagnozowana choroba Alzheimera, ale tak naprawdę trwa ona troszeczkę dłużej. Myślę, że od czterech lat.
Dlaczego pani ich nie oddała do...
Do domu starców? To pani chciała powiedzieć?
Mhm.
Bo przede wszystkim jest to bardzo drogie.
Czyli z powodu pieniędzy?
Nie, ale o pieniądzach najłatwiej mówić. Za trzech seniorów w specjalistycznym domu opieki trzeba zapłacić co najmniej 12 tys. zł. Najtańszy ośrodek, jaki znalazłam w Gdańsku, to koszt 4 tys. zł miesięcznie od osoby. A tak naprawdę więcej, bo trzeba doliczyć leki, dodatkową rehabilitację, pieluchy, czyli za trójkę 15 tys. zł. Mało kto może sobie na to pozwolić. I nie, nie ma zniżek na kartę dużej rodziny. Jednocześnie, szczerze mówiąc, nie brałam pod uwagę tego, że moi bliscy będą mieszkać w takiej instytucji. Z prostego powodu: uważam, że żadne z nich, ani babcia, ani tata, ani mama nie są w takim stanie, żeby musieli korzystać z usług w specjalistycznym ośrodku.
Potrzebują przecież całodobowej opieki.
Potrzebują, ale nie są osobami leżącymi i niedołężnymi. Na początku użyła pani słowa „oddać”. Oddaje się coś, co jest zepsute, niepotrzebne.
To się wyrzuca, rzadko naprawia.
Oddanie i wyrzucenie znaczą tu prawie to samo. Słowo „oddać” utrudnia decyzję wielu osobom, które się zastanawiają, czy skorzystać z pomocy takiego ośrodka. Nie chcesz oddawać, bo kochasz tych ludzi. Chcesz się nimi zajmować, chcesz też, by mieli dobrą opiekę, ale czasem nie jest to możliwe, bo przy takich chorobach jak ciężka demencja czy alzheimer potrzebni są wykwalifikowani opiekunowie. Zwłaszcza kiedy człowiek zaczyna uciekać, staje się agresywny. Są sytuacje, kiedy chorą osobą lepiej zajmie się wyspecjalizowana instytucja, która ma wykwalifikowany personel czy takie zabezpieczenia w drzwiach, że pacjent w nocy nie zwieje.
Pani mieszkała i pracowała w Warszawie.
I przeniosłam się do Gdyni. Wróciłam do rodzinnego miasta. Był moment, kiedy nie chciałam rezygnować ze swojego dotychczasowego życia, bardzo dobrej pracy. A potem pomyślałam sobie: no dobra, mogę zrobić jeszcze jeden projekt, ale przecież nie wiem, ile jeszcze mi zostało czasu z moją mamą, z moim tatą, z babcią. I to nie jest coś, co nadrobię później, bo może nie być żadnego „później”. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, zrozumiałam, że chcę być tutaj z nimi i mieć poczucie, że zdążyłam.
No dobrze, ale to jest pani życie, pani kariera.
Decyzję o zostaniu opiekunem rodzinnym podjęłam, kiedy się kompletnie posypałam. W marcu tego roku byłam w takim stanie, że musiałam iść na zwolnienie i zacząć brać leki antydepresyjne. Po miesiącu, który właściwie przespałam, przyszedł moment, kiedy wreszcie mogłam zastanowić się spokojnie nad swoim życiem. Pomyślałam, że nie ma na co czekać, bo tutaj czas też się liczy.
Depresja była wynikiem tego, co się działo w pani rodzinie?
Na pewno. Tego, że nie mogłam być w dwóch miejscach jednocześnie – w Warszawie rozwijać się i robić karierę, a w Trójmieście opiekować się rodziną. To było zapętlenie, bo pracowałam coraz gorzej, a więc pojawiła się frustracja, nie miałam siły tutaj przyjeżdżać na weekendy. Jeżdżenie było z jednej strony niewystarczające, a z drugiej – wykańczające.
Mama dzwoniła i mówiła: przyjedź, pomóż, ratuj?
Raczej bardzo długo przekonywała, że sama da radę wszystko pociągnąć. Opiekowała się i babcią, i tatą. Jednak po którejś chemii z kolei już nie była w stanie. Kiedy wreszcie to z siebie wydusiła, a było to chyba w czasie, kiedy trafiła kolejny raz do szpitala i było wiadomo, że babcia i tata nie mogą sami zostać na noc, wiedziałam, że coś muszę zrobić. W pracy, w Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką zaproponowano, bym tydzień była w Warszawie, tydzień w Trójmieście, próbowano mi pomóc, szukano rozwiązania. Nie mogło się udać.
Mogła pani szukać opiekunek całodobowych.
Po pierwsze – to znowu pieniądze. Po drugie – to jest naprawdę bardzo trudne. Kiedy ktoś słyszy, że są trzy osoby do opieki, w zasadzie kończy negocjacje. Znalezienie osoby, która przejęłaby taki ciężar, nawet nie całodobowy, tylko etatowy, ośmiogodzinny, jest trudne. Na razie udało nam się zaangażować panią, która trzy razy w tygodniu sprząta i gotuje, odciążając nas w tym zakresie. Nie chciałabym zostawiać moich bliskich pod opieką obcych osób na dłużej. Założyłam, że chcę być przy moich rodzicach i babci, spędzać z nimi czas. I to było bardzo świadome.
Część ludzi na święta oddaje swoich rodziców, dziadków do szpitala, żeby tylko mieć spokój, czas dla siebie, a pani tu o świadomym byciu.
Myślę, że to oddawanie seniorów na święta wynika również z lęku. I ja ten lęk odczuwałam. Lęk przed tym, co to będzie, jak babcia zrobi kupę w majtki, jak się zasiusia i trzeba będzie ją umyć, przebrać, może przenieść. Myślałam, że w życiu nie dam rady tego zrobić, że będę musiała komuś zapłacić. Potem robi się to pierwszy raz, bo nie ma innego wyjścia i okazuje się, że to nie jest takie straszne, jak się wydawało. Sądzę, że miałam czas, aby się zastanowić, co jest dla mnie ważne.
I wyszło, że rodzina?
To nie jest takie proste. My nie jesteśmy prostą rodziną. Nigdy w moim rodzinnym domu nie było różowo, nigdy nie było wielkiej bliskości. Tata alkoholik, mama przez to z różnymi problemami. Moja więź z nimi nie była zbyt silna. Z babcią też nigdy nie pamiętam ciepłych relacji. Choć mimo wszystko była w naszej rodzinie miłość. Towarzyszyło mi poczucie, że oni są dla mnie ważni, że muszę im pomóc.
I poświęcić siebie.
No właśnie nie! Nie o poświęcenie tu chodzi. Raczej o poczucie, że kiedyś sama ze sobą będę się źle czuła, jeśli to odpuszczę.
Strach i egoizm.
Na pewno to jest w jakimś sensie egoistyczne, bo ta decyzja była mi potrzebna. Jednak egoizm może też być zdrowy. Pewnie z mniej zdrowego egoizmu zostawia się babcię, mamę czy tatę w szpitalu na święta. Ten mniej zdrowy egoizm pozbawia człowieka empatii. Kiedy próbuję się zastanawiać nad tym, dlaczego tak jest, od razu myślę o naszym stosunku do starości. Jak się mówi „stary”, to zaraz myśli się, że chory, niedołężny, wymagający opieki, obciążający innych. Moja mama cały czas się wzbrania przed tym, aby nazywać ją „seniorką”. Jestem teraz na studiach psychogerontologicznych i zmienia się moja perspektywa na różne określenia. Starość to etap, kiedy umysł zaczyna inaczej działać, spada koncentracja, pamięć, obniża się tempo różnych czynności. Jednak to jest naturalna część naszego życia, a nie mutacja czy degeneracja. Kiedy tak się zaczyna o tym myśleć, straszne przestaje być to, że ktoś robi kupę w pieluchę. Niestety, starość w naszym świecie jest bardzo jednowymiarowa.
Ale taka w większości przypadków jest.
Nie musi być. Nie chcę oceniać nikogo, kto decyduje się zawieźć rodziców czy dziadków do szpitala na święta, to jego decyzja i on z tym musi żyć. Może trzeba by się przyjrzeć relacjom w tej rodzinie lub zastanowić się, dlaczego porzucenie kogoś w szpitalu było lepszym rozwiązaniem niż zajęcie się nim. Nigdy w życiu nie powiedziałabym komuś, że ma postąpić jak ja i zostać opiekunem rodzinnym. Wiem, że to jest ogromny ciężar. Mam przyjaciółkę, która zajmuje się mamą leżącą. To jest coś niewyobrażalnie trudnego. Ja mam to szczęście, że nikt w mojej rodzinie nie jest leżący.
Pani nie ma dzieci.
Świadomie. Długo się zastanawiałam, czy opiekować się moimi bliskimi, bo w jakiś sposób utożsamiałam to z opieką nad dziećmi. No więc zajmowanie się rodzicami nie otworzyło mnie szczególnie na to, żeby mieć dzieci.
Dzięki temu, że pani jest dzieckiem swoich rodziców, oni mają opiekę.
A mnie nie będzie miał kto podać szklanki wody – to chciała pani powiedzieć?
Albo zmienić pani pieluchy.
Dzięki temu, że jestem opiekunem rodzinnym, już teraz widzę, co mogę zrobić, żeby ta moja starość była trochę lepsza. Jasne, że nie wszystko można zaplanować, ale wiadomo, jakie działania podejmować, żeby dłużej być samodzielnym i samemu sobie pupę podcierać. Chciałabym, żeby coś się zmieniło w polskim systemie i żeby za te 30–40 lat działały sprawne instytucje, które wesprą mnie w mojej starości. Nie wyobrażam sobie, nawet gdybym miała dzieci, że wymagałabym od nich, by się mną zajmowały. Chciałabym, żeby to była ich decyzja, czy chcą się mną opiekować, czy nie. Panuje taki stereotyp, że jak się ktoś nie zajmuje swoim rodzicem, to jest złym dzieckiem. A to tak nie jest. Oczywiście jest problem z samymi placówkami, ich poziomem, kwalifikacjami pracowników. Znalezienie dobrego, godnego zaufania ośrodka jest w Polsce bardzo trudne. Opieka nad seniorami w naszym kraju to w tej chwili czarna dziura. Państwo kompletnie nie jest przygotowane na starość. A przecież mamy starzejące się społeczeństwo. To rodzi wiele implikacji – i dla ochrony zdrowia, i dla biznesu. Nie tylko dlatego, że będzie coraz więcej seniorów, tylko z powodu tego, że coraz więcej osób aktywnych zawodowo będzie musiało się zajmować swoimi rodzicami. Zresztą to już się dzieje. W Wielkiej Brytanii prawie 600 osób dziennie rezygnuje z zawodowej pracy, żeby opiekować się bliskimi. W Polsce niedługo będzie podobny problem. A nawet większy, bo pracujemy w innych miastach niż te, z których pochodzimy, gdzie mieszkają nasi rodzice. Duńczycy policzyli, jak się starzeje ich społeczeństwo i wprowadzili rozwiązania służące temu, żeby obywatele byli jak najdłużej samodzielni. Wyszło im, że problem zaczyna się na długo przed tym, jak ludzie zaczynają chorować – uprawiają za mało sportu, źle się odżywiają, za bardzo się stresują. To myślenie strategiczne i długofalowe, a nie polityczne. Tu nie ma znaczenia, czy rządzą lewaki, czy prawaki. I jedni, i drudzy będą starzy. Podobno w Katowicach powstało osiedle, w którym mieszkają starsze osoby i gdzie po preferencyjnych cenach lokale mogą kupić młodzi ludzie. Kupić i zajmować się seniorami.
Utopia.
To działa w krajach skandynawskich. Łączy pokolenia, uwrażliwia młodych ludzi. A to ważne, bo z wrażliwością, uważnością, mamy u nas coraz większy problem. Ile razy jadę z moimi seniorami autobusem, to młodzi faceci w ogóle nie ruszą d..y, żeby ustąpić miejsca.
A kobiety?
Częściej. Choć różnie bywa z młodymi dziewczynami. Myślę, że, niestety, w naszym społeczeństwie następuje erozja empatii wobec osób starszych.
Po co pani pisze o swoim życiu z seniorami na Facebooku?
Również po to, żeby odreagować. To rodzaj autoterapii, wyrzucanie z siebie różnych trudnych rzeczy. Po moich tekstach dostaję mnóstwo wsparcia, ale też dużo wiedzy. Ludzie dzielą się ze mną informacjami na temat tego, co mogę zrobić z problemami, o których piszę. Wiedza o tym, kto może pomóc, jaka terapia, jaki lekarz, co z NFZ, a co nie, jest bardzo rozproszona. Kiedy pierwszy raz, drugi napisałam o swoim życiu z bliskimi, odezwali się ludzie, którzy mają wiedzę o opiece nad seniorami, ale nawet nie zdawali sobie sprawy, że ona może się komuś przydać. Dzięki nim wiele rzeczy udało mi się zrobić szybciej, na skróty. Znaleźliśmy np. psychiatrę-geriatrę w Sopocie. Ta lekarka wspaniale podeszła i do mojej babci, i do taty, na nowo ustawiła im leki, opowiedziała o treningu mentalnym i zauważyła, że obydwoje mają niedosłuch. Od momentu, kiedy mają aparaty słuchowe, wrócili do świata, zaczęli rozmawiać. Wcześniej nie wiedziałam, że wada słuchu przyczynia się do postępowania demencji. Nikt mi o tym nie powiedział.
Pisze pani o ucieczkach ojca z domu, o tym, że babcia zapomina, o wizytach w hospicjum.
Piszę, bo to jest też budowanie świadomości na temat tego, kim jest opiekun rodzinny i z czym się mierzy.
To zawód?
Opiekunowie rodzinni nie mają w Polsce żadnego statusu prawnego. Jestem takim trochę menedżerem chorej rodziny. Oprócz tego spędzam z nią czas, dbam o to, żeby potrzeby jej członków były spełnione. W pewnym sensie robimy to wspólnie z bratem, choć on nadal mieszka w Warszawie. Ale pomaga finansowo, robi zakupy przez internet, przyjeżdża, bym mogła mieć wolny weekend. Dziś był wyjątkowy dzień, bo pierwszy raz od dawna pojechałam do rodziców i babci i po prostu z nimi pobyłam. To znaczy, że była chwila bez sprzątania, gotowania, przebierania. Można się było powygłupiać. Mama wyciągnęła biżuterię z Jablonexu, a babcia przekonywała mnie, że to antyki, od wieków w rodzinie. Przymierzałam kolczyki, naszyjniki. Nie, babcia mi tego nie dała, tylko pokazała. I że w razie czego mogę pożyczyć. Dużo się mówi o obowiązkach, jednak ja odkrywam bardzo dużo satysfakcji z tego, że z nimi jestem. Dzięki temu też zmieniły się nasze relacje rodzinne.
Jesteście teraz bliżej?
Piętnaście, dwadzieścia lat temu chodziłam na terapię DDA i próbowałam zrozumieć, co mnie właściwie spotkało w życiu ze strony moich rodziców i czy jestem winna temu, że mój tata pił i mnie w ten sposób odtrącał. To są rzeczy, które w człowieku długo siedzą, powodują poczucie pustki w różnych obszarach, myślenie, że czegoś się nie dostało. Wybaczyłam mojemu tacie i mam dobrą relację z moją babcią, która z powodu demencji zapomniała, że potrafi być niemiła. U starszych ludzi często jest tak, że mają większą potrzebę dotyku, przytulania się.
Pani mi nie wygląda na przylepę.
Babcia przez całe życie też nie była przylepą, a teraz chce się przytulać, trzymać mnie za rękę. Kiedy pierwszy raz to zrobiła dwa czy trzy miesiące temu, byłam w szoku, nie wiedziałam, o co chodzi. Zaczęła też do mnie mówić per Dagnusiu.
Ojciec też zapomniał, że nie był idealnym ojcem?
Trudno powiedzieć, bo to jest bardzo dziwna choroba ten alzheimer. Ojciec nigdy nie był osobą wylewną, był bardzo introwertyczny. Ostatnio mi powiedział, że bardzo się cieszy, że tu przyjechałam, bo myślał, że już nic dobrego nigdy się nie wydarzy w jego życiu. Mam wrażenie, że to sposób, aby powiedzieć, że ma jakieś poczucie winy wobec mnie i mojego brata, ale nigdy wcześniej nie potrafił tego wyrazić, przeprosić nas. Od jakiegoś czasu przeprosiny nie są mi potrzebne. Ten etap mam po prostu zamknięty, przepracowany.
Jak pani traktuje ojca?
Z czułością. Całą trójkę traktuję z czułością i szacunkiem. Nawet jak są tzw. incydenty kałowe, cały czas pamiętam, że to jest taki etap życia. Na szczęście nie mam bardzo wrażliwego węchu, nie brzydzę się łatwo, więc, jak się okazało, bardzo mnie to nie rusza. Staram się nie mówić o moich seniorach, że są jak dzieci. Ta infantylizacja starszych osób nie jest dobra. Choć na początku jej uległam. To są dorośli ludzie. Mają potrzeby i należy im się godność i szacunek. Staram się o tym nie zapominać. Oczywiście pewne zachowania są podobne, np. bunty.
Jakie bunty?
Jak np. babcia nie chce wejść pod prysznic. I trzeba wypracowywać różne metody negocjacyjne.
Fortele?
Fortele też. Mówię: „Babciu, chodź do łazienki, to ci coś pokażę. Mam nową koszulkę, chciałabym, żebyś przymierzyła”. Babcia patrzy. Ja na to, że koszulka jest nowa i czysta, to może lepiej być czystym, żeby ją zmierzyć. „Spodnie też nie będą pasowały do tej nowej koszulki, dam ci inne”. Babcia jest dość modowa, więc to ją przekonuje. I jest sukces, jest kąpiel. Mam wśród swoich znajomych opiekunów rodzinnych, którzy nie chcą się tym dzielić, nie dokonali coming outu. Cały czas próbuję nakłaniać takie osoby, żeby mówiły głośno i otwarcie, kim są. Z tym jest jakiś straszny problem. Wstydzą się, krępują, mówią: „A co to kogo obchodzi, przecież to jest nasza sprawa, dlaczego ktoś ma się przejmować naszą sytuacją?”. Trzeba stworzyć system, dzięki któremu opiekun rodzinny nie będzie sam, otrzyma pomoc, która nie będzie kosztować pierdyliardów złotych. Nie wyobrażam sobie, co ma zrobić kobieta sama wychowująca dwoje dzieci i opiekująca się chorymi rodzicami. Prostsza sytuacja: mąż, żona, ich dzieci, rodzice żony i rodzice męża. Załóżmy, że rodzice zaczynają chorować. I zwykle jest tak, że to kobieta przejmuje rolę opiekuńczą. To mówienie o partnerstwie, przejmowaniu obowiązków, już nie dotyczy tylko tego, że mężczyzna ma się angażować w opiekę nad domem i dziećmi, lecz także w opiekę nad rodzicami. Bo jeśli to wszystko będzie spoczywać na barkach jednej osoby w rodzinie, to ona się wykończy. Innymi słowy, jak opiekun nie zadba o siebie, to zaraz sam będzie potrzebował opieki.
Pani już się zorientowała w „siatce” pomagającej w opiece?
Dość dokładnie. Babcia korzysta ze świetnego domu opieki dziennej. Ma tam różne zajęcia, śniadanie, obiad. Czekam, aż tatę tam zakwalifikują. Jestem już oswojona z różnymi instytucjami, typu hospicjum, dom opieki. Jest coś takiego, jak opieka wyręczająca – jeśli konkretne miasto ma to dobrze zorganizowane, to opiekunowi przysługuje czasami nawet kilkaset godzin w roku opieki: przychodzi pielęgniarka środowiskowa, rehabilitant, wolontariusz. Wtedy opiekun może po prostu odetchnąć, załatwić swoje sprawy. To jest ważne dla osób, które nie pracują, zajmują się tylko swoimi chorymi.
Dostają za tę opiekę albo na tę opiekę jakieś pieniądze?
Nie. Nic. To, że ja pracuję, że mogę pracować i zarabiać, jest zasługą mojego partnera. Przejął część obowiązków w opiece nad moją rodziną. Nie mam na to słów. To dla mnie niesamowita rzecz. Status opiekuna rodzinnego nie jest sformalizowany, nie ma instytucji, która mogłaby wypłacać takie pieniądze. Oczywiście działają fundacje, takie jak Fundacja Hospicyjna, która tworzy teraz śmiały projekt nazywany centrum opieki wytchnieniowej. To duża instytucja, która ma przejąć część opieki nad chorymi w ciągu dnia. Planowane są turnusy 14-dniowe, żeby opiekun mógł pojechać na wakacje. Powstać ma też centrum badawcze i szkoleniowe, które stworzy standardy opieki wytchnieniowej.
I będzie pani mogła zapisać na taki turnus trzech podopiecznych za jednym zamachem?
Mam nadzieję, że tak. Na razie centrum się dopiero buduje. Ale i tak jest światełko w tunelu. Teraz nie mam szansy pomyśleć o urlopie. Z jednej strony dlatego, że mam pod opieką trzy osoby, a z drugiej, że muszę pracować, by móc funkcjonować, zarobić na to wszystko.
Pieluchy są przecież refundowane, część lekarstw też.
Część pieluch, część lekarstw. Worki stomijne też, ale ustawodawca zakłada, że jeden worek, który kosztuje 12 zł, powinien służyć przez trzy dni. Leki na alzheimera są bardzo drogie. Za plastry, które przylepia się codziennie, trzeba zapłacić 300 zł. Wystarczają na niewiele ponad miesiąc. Do tego leki antydepresyjne, uspokajające, antylękowe, witaminy. Alzheimer czy demencja to tylko niektóre choroby dotykające podopiecznego. Ważne jest więc dobre ustawienie leków.
Jak pani mama, która jest chora fizycznie, reaguje na choroby psychiczne swoich bliskich?
Myślę, że ona z nas wszystkich ma najtrudniej. Z jednej strony musi zadbać o siebie, skupić się na swoim leczeniu, a z drugiej – bardzo przeżywa to, że jej mąż i jej mama coraz bardziej osuwają się w otchłań choroby. Przecież to jest obserwowanie, jak znikają najbliższe osoby. Znikają w sensie mentalnym. Widać po mamie frustrację, złość na to wszystko i ogromną bezradność. Trzeba zaakceptować, że nic się nie da z tym zrobić, bo przecież nie ma lekarstwa na alzheimera. Lepiej nie będzie, oby nie było gorzej. To jest bardzo przytłaczające.
Pani mieszka w domu rodziców?
Nie, mieszkamy w okolicy.
Trzeba z nimi nocować?
Jeżeli mama jest w dobrej formie, nie ma takiej potrzeby. Jeżeli źle się czuje albo tata jest bardziej pobudzony, to tak, nocuję.
Marzy pani o tym, żeby to się wreszcie skończyło?
Wcześniej myślałam, że to by była ulga nie mieć już tego na głowie. Te myśli pojawiały się, jeszcze zanim zaczęłam tu być. Teraz nie zastanawiam się, ile to może potrwać, staram się w ogóle nie planować, bo w naszej rodzinie nic nie można przewidzieć. Dwa dni temu moja mama była w dobrej formie, wczoraj w nocy się przewróciła, ma rany na nosie, jest poobijana. Tata w dobrej, teraz jest znowu w kiepskiej.
Ucieka z domu?
Teraz nie może spać w nocy, chodzi po domu i rozmawia ze sobą w lustrze.
I co się wtedy robi?
Albo trzeba podać pół tabletki więcej – wtedy idzie spać – albo w jakiś sposób próbować go uspokoić. Nie, nie da się usiąść, potrzymać za rękę i mówić spokojnie. To tak racjonalnie nie działa. W tym całym podawaniu leków też przecież nie chodzi o to, żeby pacjenta pozbawić przytomności. Nie ma być otępiony, nieaktywny, tylko spokojniejszy, więc trzeba dobrać odpowiednią dawkę. I tak mama ma najlepszy wpływ na tatę. Tata jej słucha. Dopóki nie ma takich sytuacji, że ucieka, znika, to bezpieczniej jest się nim opiekować w domu.
Żyjemy w takim świecie, że kiedy robimy jakiś projekt, to zakładamy, że się zakończy sukcesem, czymś dobrym, a tu wiadomo, że się źle skończy.
To się skończy śmiercią. Ale czy to się skończy źle? Zależy, jaki mamy stosunek do śmierci.
Nie będzie się polepszać.
Nie będzie, ale to też jest kwestia akceptacji pewnej sytuacji, a nie myślenia o niej w kategorii katastrofy. Może to jest podejście mało emocjonalne albo lekarskie, chodzi o chorobę, która ma jakiś przebieg, nie będzie lepiej, ale jest wiele rzeczy, które mogę zrobić dobrze w tym czasie, np. być z bliskimi, opiekować się, trzymać za rękę. Tak jak mówiłam, ja też się buntowałam na początku, mówiłam, że to nie w porządku, nie powinno tak być. Ale tak jest.
Komu pani mówiła?
Poszłam do psychologa.
Wyspecjalizowanego w pomocy opiekunom rodzinnym?
Tak. Poszłam do hospicjum im. ks. Dutkiewicza, które oprócz pomocy medycznej udziela również wsparcia psychologicznego. Uważam, że jak się nagromadzą emocje, to trzeba o tym rozmawiać. Ja, robiąc bilans decyzji, którą podjęłam, mam poczucie, że jestem we właściwym miejscu i że postąpiłam dobrze i dla siebie, i dla bliskich. Robimy święta wspólnie. I będę zaganiać wszystkich do roboty. Babcia może nie pamiętać, co to jest pieróg, ale jej ciało, jej ręce pamiętają, jak się lepi sto pierogów. Tata świetnie obiera różne rzeczy na sałatkę. A potem się wszyscy tradycyjnie pokłócimy przy wigilijnym stole. Niektórzy z nas o tym szybko zapomną.
Staram się nie mówić o moich seniorach, że są jak dzieci. Ta infantylizacja starszych osób nie jest dobra. Choć na początku jej uległam