Nowe uprawnienia dla rodziców i innych ubezpieczonych spowodowały znaczne zwiększenie wydatków z ZUS na zasiłki macierzyńskie i chorobowe. A tymczasem wysokość składki się nie zmieniła. Fundusz więcej wydaje, niż do niego wpływa. I co roku z budżetu państwa sporo do niego dopłacamy

U progu sezonu ogórkowego media podchwyciły informację o rekordowo wysokim zasiłku macierzyńskim, jaki pewnej kobiecie wypłaca ZUS. Chodzi o 80 tys. zł miesięcznie. Najistotniejsza jest tu jednak nie kwota, a to, że, jak podkreśla sam ZUS, zasiłek pobierany jest w pełni legalnie, nie ma podejrzenia, że jego wysokość została sztucznie zawyżona. Ubezpieczona kobieta zarabiała po prostu bardzo dużo, opłacała wysokie składki i zgodnie z przepisami dostaje wysokie świadczenie. Jest jednak jeden problem – do jej zasiłku dopłacili wszyscy ubezpieczeni. A że zasiłek miesięcznie wynosi aż 80 tys. zł, to oznacza, że dopłaciliśmy znacznie więcej niż matce, której zasiłek wynosi np. 4000 zł. Wszystko dlatego, że fundusz chorobowy od dawna nie jest zbilansowany, a mówiąc prościej – więcej z niego wypływa, niż do niego wpływa. To zaś powoduje, że konieczna jest dotacja z bud żetu państwa – i to coraz wyższa. Wbrew pozorom nie zawsze tak było. Do takiej sytuacji doprowadziły jednak kolejne zmiany przepisów oraz wyrok Trybunału Konstytucyjnego. W rozmowie z DGP Agnieszka Ślązak, pełniąca obowiązki dyrektora departamentu zasiłków w centrali ZUS, powiedziała nam, skąd tak kiepska sytuacja funduszu i jakie pomysły na zmiany ma ZUS (patrz wywiad, s. C3). Wpisuje się to zresztą w politykę rządu. Tak się bowiem składa, że wieloletni plan finansowy państwa na lata 2019‒2022, przyjęty w kwietniu tego roku przez Radę Ministrów, rekomenduje zmiany systemowe, których skutkiem byłaby racjonalizacja zasad uzyskiwania praw do zasiłków chorobowych, opiekuńczych i macierzyńskich oraz ich przyznawania.

Liczy się prawdopodobieństwo wypłat