statystyki

Mamy za mało urzędników w unijnej biurokracji i ciężko będzie to zmienić

autor: Magdalena Cedro27.04.2019, 19:00
Mamy za mało urzędników w Brukseli. To mało dostrzegalny, ale ważny powód naszych porażek na forum unijnym.

Mamy za mało urzędników w Brukseli. To mało dostrzegalny, ale ważny powód naszych porażek na forum unijnym.źródło: ShutterStock

Mamy za mało urzędników w Brukseli. To mało dostrzegalny, ale ważny powód naszych porażek na forum unijnym.

T o urzędnicy przygotowują przepisy, które stają się podstawą regulacji na poziomie ogólnoeuropejskim. – Armia nie generałami, lecz wojskiem stoi – mówi dyrektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (KSAP) Wojciech Federczyk. Cóż z tego, że mamy w Brukseli komisarz ds. rynku Elżbietę Bieńkowską, skoro wiele decyzji jest podejmowanych na niższych szczeblach. – A to przecież podczas toczonych tam dyskusji można przedstawiać nasze rozumienie określonych spraw czy też specyfiki problemów – dodaje szef KSAP.

Przykładem dobrze radzącego sobie kraju naszego regionu jest Rumunia, która w UE jest od 2007 r. – o trzy lata krócej niż my. W Komisji Europejskiej zatrudnionych jest 1,3 tys. Rumunów (4,5 proc. wszystkich funkcjonariuszy) i 1,4 tys. Polaków (4,9 proc. ogółu). Liczby są do siebie zbliżone, ale biorąc pod uwagę potencjał ludnościowy, wypadamy dużo gorzej. Populacja Polski stanowi wszak 7,4 proc. całej ludności Wspólnoty, Rumunii – tylko 3,8 proc. Dobrze idzie też Węgrom – osoby z tego kraju stanowią 2,5 proc. wszystkich zatrudnionych w KE, tymczasem ich populacja to 1,9 proc. unijnych obywateli. Stan naszych kadr wygląda jeszcze gorzej, gdy porównamy się z krajami zachodniej Europy. Hiszpanie stanowią 9 proc. obywateli UE, a w Brukseli mają 2,4 tys. pracowników. Spośród wszystkich 28 krajów członkowskich najwięcej reprezentantów w KE mają Belgowie – aż 4,9 tys. osób. To nie dziwi, bo w stolicy Belgii siedzibę ma większość unijnych instytucji. W tym Komisja, biurokratyczny motor całej Wspólnoty. Drudzy po Belgach są Włosi, którzy mają 3,9 tys. urzędników, a na trzecim miejscu są Francuzi – z kraju nad Sekwaną pochodzi ponad 3 tys. osób zatrudnionych w Brukseli, co oznacza, że co dziesiąty pracownik KE jest Francuzem.

Nie liczy się tylko to, ilu Polaków pracuje w Brukseli, ale też, na jakich są stanowiskach i jakimi zajmują się obszarami. Komisję Europejską tworzy 28 komisarzy, po jednym z każdego kraju członkowskiego. Ale prawdziwym jądrem decyzyjnym KE są dyrekcje generalne, które funkcjonują jak ministerstwa – to tam pisane są projekty prawa. Obecnie w KE jest 31 dyrekcji generalnych, spośród nich jedna – do spraw rolnictwa i rozwoju obszarów wiejskich – jest kierowana przez Polaka Jerzego Plewę.

W dyrekcjach generalnych istotni są dyrektorzy i kierownicy wydziałów. Tu nie jesteśmy osamotnieni – problem z ich obsadą mają wszystkie kraje nowej Europy. Analityk Piotr Semeniuk, współpracujący z Polskim Instytutem Ekonomicznym, przyjrzał się jednej z ważniejszych dyrekcji – do spraw konkurencji DG COMP, którą od 2015 r. kieruje Niemiec Johannes Laitenberger. Okazało się, że na stanowiskach dyrektorskich zatrudnionych było 13 osób ze starej Unii. Z nowej – jedna. Na 44 szefów wydziałów aż 38 pochodziło ze starej piętnastki, a tylko sześciu z nowych 13 państw (dane z lutego 2016 r.). – Liczba Polaków na stanowiskach kierowniczych w dyrekcjach gospodarczych jest cały czas nieproporcjonalna do potencjału ludnościowego naszego kraju, co może mieć wpływ na priorytety tych instytucji – zauważa Semeniuk.

DG COMP decyduje w sprawach dotyczących pomocy publicznej i walczy z monopolami na unijnym rynku. Nie jest tajemnicą, że ta dyrekcja jest domeną kilku nacji: Niemców, Francuzów, Belgów, Holendrów, Włochów i Hiszpanów. Do tej pory na jej czele nigdy nie stała osoba pochodząca ze środkowej Europy. – Z jakichś przyczyn w ciągu ostatnich 20 lat w przypadku Berlina i Paryża nigdy nie zapadła decyzja o zwrocie dużej pomocy publicznej – mówi analityk. A są to kraje, które dają najwięcej subsydiów. – Państwa członkowskie generalnie przyznają sporo niedozwolonej pomocy publicznej, a ten unijny kombajn, jakim jest DG COMP, jak każda administracja ma ograniczone zasoby i musi ustalić priorytety. Zapewne jest tak, że najbardziej reprezentowane w dyrekcji państwa są jednymi z ostatnich na tej liście – zauważył Semeniuk. To potwierdzają decyzje zapadające w sprawach o pomoc publiczną. Chociaż kraje starej UE przyznają dziewięć razy więcej subsydiów swoim przedsiębiorstwom niż nowa trzynastka państw, to w ciągu ostatnich 15 lat wobec piętnastki wydano jedynie pięciokrotnie więcej decyzji o zwrocie pomocy niż wobec nowszych członków Wspólnoty. Na dodatek od 2005 r. KE wydała cztery postanowienia o natychmiastowym zawieszeniu wypłacania subsydiów, wszystkie wobec krajów nowej Unii. Raz decyzja dotknęła Polskę – chodziło o podatek od handlu, który PiS próbował wprowadzić w 2016 r.


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Komentarze (2)

  • BuhHA(2019-04-28 09:09) Zgłoś naruszenie 30

    Wszystkie dzieci sejmowych leni juz pozatrudniane i ciagle malo ?

    Odpowiedz
  • kopacz-ka elewatorowa(2019-04-28 11:53) Zgłoś naruszenie 03

    Nie można tam POd opiekę / Tuska / wysłać wszystkich obiboków z Placformy Obywatelskiej ? Byli by hojnie wynagrodzeni i przestali ujadać na obecnie rządzących .

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane